Jak to wynika z tytułu, w dzisiejszym felietonie zamierzam napisać kilka słów o edukacji. Temat na czasie, bo obok wojny w Ukrainie, braku węgla, pandemii oraz przygotowań do przyszłorocznych wyborów, jest to czołowy temat środków masowego przekazu.

Od przedszkolaka do profesora
Edukacja to obecnie jeden z czołowych tematów poruszanych w mediach

Co do mediów, to zdecydowanie nie należę do namiętnych telewidzów i nie wpadłbym na pomysł pisania akurat o edukacji, gdyby nie przypadek. Otóż w jednym z tygodników ubawił mnie następujący, satyryczny obrazeczek. Mały szkrab, z poważną minką, siedzi przed komputerem. Nad malcem nachyla się tatuś i mówi: „najwyższy czas, żebyśmy ze sobą porozmawiali”. A na to syneczek: „a o czym ja mogę rozmawiać z człowiekiem, który spędził dzieciństwo zabawiając się gumową kaczuszką?”. Ten rysunkowy komentarz wydał mi się bardzo na czasie. Stąd dzisiejszy temat felietonu.

Początek edukacji młodego człowieka to, oczywiście, zabawki. Niegdyś bardzo dbano, aby były to przedmioty pobudzające wyobraźnię, a także zmuszające do wykazania się twórczą inicjatywą. Przede wszystkim produkowano klocki o różnych kształtach, inspirujące do układania z nich budowlanych obiektów. Popularne były także metalowe zestawy elementów do skręcenia z nich miniatur niektórych urządzeń typu koparka, albo dźwig portowy. Takie zestawy zawsze nosiły nazwę „mały inżynier”, albo „mały mechanik” i tym podobne.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Dzisiaj cały ten asortyment zabawek zastąpił jeden wynalazek - klocki Lego. Podobnie z kolorowymi układankami obrazków. Za mojej młodości były to zestawy sześciennych klocków, które na każdej ściance miały naklejony kwadratowy fragment obrazków do złożenia w całość. Biorąc pod uwagę ilość ścianek takiego klocka, pudełko zawierało zawsze sześć obrazków do ułożenia. Obecnie królują puzzle. To znacznie wyższa szkoła jazdy. Owe współczesne zabawki stanowią pomost między „siermiężną” edukacją przedszkolaków, a rozrywką „z wyższej półki”, czyli szaleństwem elektronicznym. Nie będę wyciągał żadnych wniosków, bo czasy wciąż się zmieniają, a ja nie mam żadnych kontaktów z dzieciakami. Zatem no comment, przejdźmy do szkoły.

Kiedy zdarzy mi się włączyć telewizyjny program polityczno-propagandowy zawsze, wcześniej, czy później, usłyszę o szkolnej, programowej reformie. Głównie o nowym podręczniku autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego HISTORIA I TEAŹNIEJSZOŚĆ. Całości książki nie znam, jedynie jej fragmenty bulwersujące krytyków. Niemniej tyle się nasłuchałem opinii, że dołączając do krytycznych wypowiedzi recenzentów niektóre wypowiedzi ministra edukacji oraz innych przedstawicieli władzy, mam dość jasny pogląd, co do zamierzeń i celów współczesnej edukacji młodzieży. Otóż chodzi o to, aby wychować młodego Polaka na gorącego patriotę, dumnego z racji swej narodowości. Absolutnie nieuznającego żadnych obcych, zachodnich wzorców. Bo to moralna zgnilizna. Skąd ja to znam? No oczywiście, z wczesnych lat PRL. To w latach 50. i 60. mówiono z pogardą o wrogim, amerykańskim stylu życia, nazywając kraje spoza komunistycznego bloku zgniłym zachodem. Młodego Polaka wychowywano dokładnie według wzorca wschodniego sąsiada, gdzie celem było stworzyć człowieka radzieckiego. Narodowego supermana, patriotę gardzącego urokami krajów zachodnich.

A co do tego obowiązkowego patriotyzmu, to chciałoby się zapytać naszych edukatorów, czy bohaterski naród Ukrainy można uważać za patriotów, czy też nie. Z jednej strony giną za ojczyznę, co przecież jest obowiązkiem prawdziwego patrioty, z drugiej zaś walczą o to, żeby przystąpić do Unii Europejskiej, czyli do zachodniej, paskudnej zgnilizny. Niestety miejsca zaczyna braknąć na dalszy ciąg felietonu, zatem muszę zrezygnować z rozwinięcia tematu edukacji do poziomu profesora. Na zakończenie wspomnę więc czasy stalinowskie, kiedy to mnie wychowywano na wzór radziecki. Najpierw w podstawówce, później, znacznie już łagodniej, w ogólniaku. Wpychano nam do głowy przeróżne prawdy objawione. Bzdura za bzdurą. Tymczasem my uczniowie - no może nie wszyscy - mieliśmy to głęboko w ... Poza szkołą docierały do nas informacje zupełnie inne, no i jakoś wyrośliśmy na nieźle wykształconych, normalnych ludzi. Cała ta uporczywa indoktrynacja poszła na marne. A to było w czasach, gdy nie znano jeszcze internetu.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}