No to sezon wakacyjny mamy już w całej pełni. W mieście impreza goni imprezę i choć zapewne po Dniach i Nocach Szczytna znowu zaczniemy marudzić co do formuły owego głównego wydarzenia lata, nie zmieni to podstawowej prawdy, że coś się dzieje!

Niedawno przeżywaliśmy poezję śpiewaną. Znane nazwiska gościnnie występujących gwiazd mówią same za siebie. Na mnie jednak zupełnie inny fakt zrobił piorunujące wrażenie. Otóż pośród muzyków akompaniujących młodym artystom rozpoznałem znakomitego saksofonistę Wieśka Wysockiego. Jednego z najlepszych w Polsce. Faceta, który towarzyszy Maryli Rodowicz w jej koncertach. Jeśli tak znakomity instrumentalista znalazł się w składzie akompaniatorów na szczycieńskiej estradzie, to jest to dla mnie prawdziwy dowód profesjonalności i rangi owego widowiska.

Zaraz potem koncert operetkowych arii. Po raz kolejny od kilku lat. Pamiętam jak to – bodaj trzy lata temu – imprezę szczycieńską prowadził popularny pieśniarz (bas związany z Teatrem Wielkim w Łodzi), także niestrudzony propagator artystów opery i operetki - Kazimierz Kowalski. Kazik (piszę po imieniu, bo wiele, wiele lat temu poznaliśmy się przy promocji jego pierwszej płyty) przywitał wówczas publiczność w sposób następujący:

Serdecznie witam wszystkich zgromadzonych gości, a pośród nich najpiękniejszą burmistrz współczesnej Europy.

Kogo w dzisiejszych czasach stać jeszcze na tego rodzaju staroświecko-szarmanckie zwroty? Chyba tylko artystów opery i – zwłaszcza - operetki, bo jest to dzisiaj rodzaj sztuki poniekąd wymierającej.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Osobiście cieszę się, że ktoś jeszcze dba o to, aby przepiękne operetkowe arie i duety nie zostały całkowicie zapomniane. Mieliśmy przecież w powojennej Polsce kilka prawdziwych gwiazd operetkowej piosenki. Przede wszystkim Beata Artemska. Piękna kobieta! Tancerka, śpiewaczka, aktorka (także warszawskich kabaretów) i reżyserka. Zaczęła występować w roku 1954. Związana była z Operetką Warszawską i Operetką Dolnośląską we Wrocławiu. W roku 1977 przeszła na emeryturę, ale nie odeszła z czynnego życia. Otóż zainicjowała nową epokę w dziedzinie gastronomii, zostając pierwszą prywatną ajentką restauracji. Był to lokal „Kuźnia” w Wilanowie, w historycznym budynku królewskiej kuźni. Zapamiętaną specjalnością kuchni były borowiki duszone w śmietanie. Lokal istnieje do dzisiaj, ale pani Beata już go nie prowadzi. Zmarła w roku 1985, w wieku lat 67.

Co do pierwszeństwa pani Artemskiej w prywatnej gastronomii być może popełniłem błąd, ale niewielki. Były w opisywanych latach dwie, bez wątpienia pierwsze, prywatne knajpki w Warszawie. Możliwe, że wdowa po znanym poecie Stanisławie Piętaku jako pierwsza otrzymała zgodę na otwarcie restauracji „Kamienne Schodki” na starym mieście. Nie pamiętam, ale wiem, że specjalnością lokalu była kaczka pieczona. Najlepsza w Warszawie.

Wróćmy do gwiazd operetki. Trudno nie wspomnieć słynnego Mieczysława Wojnickiego. Po sukcesach na operetkowych scenach zapragnął popularności estradowej. I zdobył ją na przełomie lat 60. i 70. śpiewając niesłychanie popularne przeboje. Niektórzy z moich czytelników zapewne pamiętają „Jabłuszko pełne snów”, ”Zakochani są wśród nas”, lub „Kaczuszka i mak”. Mało kto natomiast wie, że do tej ostatniej (melodia włoska) zabawny tekst napisał sam pan Mieczysław.

Pana Wojnickiego (naprawdę nazywał się Mieczysław Jarca) poznałem na przyjęciu pod koniec ubiegłego wieku. Miał już prawie osiemdziesiąt lat, ale był pełen werwy i nadziei. Wyglądał znakomicie. Wciąż występował. Miałem już wtedy kontakty ze Szczytnem i zastanawialiśmy się, czy nie można byłoby załatwić mu tutaj koncertu. Niestety; jakoś nie udało się. Pan Mieczysław, poniekąd zapomniany, zmarł w roku 2007 w wieku 88 lat.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}