Jak zwykle staram się nie pisać o polityce. Dzisiaj także nie, ale zauważyłem, że to właśnie polityka dostarcza mi najwięcej tematów. Bo też, jeśli spojrzeć z boku na jej reprezentantów, czyli na tak zwanych wybrańców narodu, to doprawdy czasem ręce opadają, a czasem człowiek ma szanse ubawić się jak w najlepszym kabarecie. No to bawmy się.
Po raz nie wiadomo już który wysłuchałem, podczas jakiejś tam dyskusji telewizyjnej, kolejnego przedstawiciela grupy trzymającej władzę, który to w celu zohydzenia tuskowej, nadętej elity rządzącej poprzednio, przypomniał nieodparte zamiłowanie owej elity do spożywania ośmiorniczek. Oczywiście zamiłowanie godne najwyższego potępienia! I to jest fajny temat dla mnie. Osobiście bardzo lubię frutti di mare, czyli owoce morza. Jadałem wszelakie morskie stwory. Potrafię je także przyrządzić. Toteż, jako koneser, z całą odpowiedzialnością informuję, że akurat ośmiorniczki - pełna ich nazwa brzmi „ośmiorniczki baby”, to w hierarchii owoców morza najniższy poziom smakowy, a co za tym idzie najtańsza z potraw tego akurat, ogólnie kosztownego gatunku. Dla przykładu podam, że kilogram mrożonych ośmiorniczek baby, w sklepie, kosztuje 30 do 40 zł. Porównajmy to z ceną zamrożonego fileta swojskiego, mazurskiego sandacza. W Kauflandzie kosztuje on 100 zł za kilogram. Czy to oznacza, że jeśli, na przykład, pan burmistrz miasta Szczytno raczy zamówić w tutejszej restauracji porcję rodzimej ryby, to zaraz zaliczony zostanie do snobistycznych i nadętych rozpasańców?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
A zatem trochę informacji o smakowitych owocach morza. Powiedzmy, że to z okazji trwającego karnawału. Choć tak naprawdę, to podobnie jak ryby, owe morskie stwory są przecież także potrawami postnymi. A więc na każdą okazję. Najwyżej w hierarchii smaków frutti di mare stoi langusta. To duży skorupiak Największe okazy mogą mieć nawet 45 cm długości. Langusty nie posiadają szczypiec. W Polsce piekielnie drogie, toteż dostępne są jedynie w restauracjach. I to tych najwyższej klasy. Firma, która dostarcza do Polski zamrożone langusty, pobiera opłatę 423 zł za kilogram. A proszę pamiętać, że to waga całego „zwierzaka”. Ze skorupą, odnóżami itp. Nie jestem i nie byłem nigdy dostatecznie zamożny, aby móc kiedykolwiek spróbować owego superprzysmaku. A jednak! Cztery lata temu spędziłem miesiąc na Kubie. Jeździliśmy samochodem z parą moich przyjaciół po całym kubańskim terytorium. Nocowaliśmy w trzynastu miastach. Zawsze w casa particulares, czyli prywatnych kwaterach zamożnych (nieliczna kasta) Kubańczyków. U nich zamawialiśmy obiady. Otóż tam, na wyspie, langusta jest daniem wszechobecnym, choć oczywiście dostępnym tylko dla ludzi zamożnych, czyli praktycznie - obcokrajowców. Co do nas, to za solidne danie z langusty płaciliśmy mniej więcej połowę tego, co w Polsce za wymienionego wcześniej sandacza. Warto było. Jadaliśmy owego skorupiaka kilkakrotnie. Przyrządzanego na różne sposoby. Najlepsza była langusta upieczona we własnej, rozciętej i rozchylonej skorupie.
Drugim w kolejności luksusowym skorupiakiem jest homar. Ten, w przeciwieństwie do langusty, posiada szczypce i wygląda jak spory rak. Czasem wielki, czasem ogromny, bo w zależności od akwenu, w którym żyje, może mieć długość od 20 do 60 cm. Jest dostępny w polskich sklepach. Ostatnio w Biedronce można było kupić całego mrożonego homara za 35 zł. Taki biedronkowy homar, z gatunku niewielkich, ważył, po odsączeniu około 35 dag. Czyli cena za kilogram wynosiła 100 zł. A przecież to cena za całego skorupiaka. W którym czystego mięska naprawdę jest niewiele. Ot, na spróbowanie. Ale dobrego. Większe okazy homarów (kanadyjskie) są co najmniej dwukrotnie droższe.
A teraz kilka słów o ostrygach. W światowej literaturze, w tym także polskiej, jeśli już „wielki świat” biesiadował, to biesiadę zaczynało się od ostryg. Symbol luksusu. Duże, chropowate muszle, a w środku galaretowaty mięczak. Jada się toto na żywca, bo tylko wtedy mamy gwarancję, że potrawa jest świeża. Rozwiera się muszlę specjalnym nożykiem, kropi zwierzaka cytryną i do buźki. Żywego. Próbowałem kilkakrotnie, ale bez zachwytu. Nie mogę zrozumieć skąd ta sława ostrygi. A jest to najdroższy z małżów, bo musi być dostarczony świeży, czyli żywy. Co do jadalnych mięczaków, to mamy jeszcze muszle św. Jakuba (po polsku przegrzebki). Wspaniałe smakowo. Kształt ich muszli wszyscy rozpoznajemy, ponieważ są one znakiem graficznym firmy Shell. Smakowite są winniczki w masełku czosnkowym, a także inne, nieznane w Polsce dziwaczne, ślimakowate stwory. Co do mnie, to ja to wszystko ogólnie lubię. Oczywiście jedno mniej, a drugie bardziej. Ale moją naprawdę ulubioną potrawą są krewetki. To takie malutkie niby langusty. Przy czym nie mówię o tych najmniejszych, to jest cocktailowych (dobre na sałatkę), ale o tych nieco większych, ponad trzycentymetrowych. Jeszcze kilka lat temu można je było dostać za w miarę przyzwoitą cenę. Korzystałem dość często. I oto, po aferze podsłuchowej w restauracji „Sowa i Przyjaciele” (dawniej słynna czerniakowska „Sielanka”) jakiś zajadły decydent zarządził znaczne podniesienie podatków na sprowadzane do Polski owoce morza. Na złość tym platformerskim elitom, co to, jego zdaniem, przywykły obżerać się ośmiorniczkami. Teraz te moje ukochane krewetki są drogie jak cholera. Już mnie nie stać na ulubiony frykas i nie zrekompensuje mi tego nawet dodatkowa niby emerytura. A co do ludzi z opozycji? Nie wierzę, że akurat ośmiorniczki to dla nich rarytas. Taka sobie „gadka szmatka”. Trochę znam to środowisko, zatem sądzę, że preferuje ono raczej wołowe steki typu t-bone (znacznie kosztowniejsze od ośmiorniczek) z dobrym, czerwonym winem. Dzisiejsza władza rozeznanie ma kiepskie, a tymczasem to ja akurat cierpię!
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
