Rodzinę babci Okoniewskiej przygarnęli w czasie okupacji dwaj bracia Dembińscy będący właścicielami dużego gospodarstwa. Gospodarstwo nadzorowane przez Niemców produkowało żywność na potrzeby armii niemieckiej. Ta sytuacja ochroniła rodzinę mamy przed wywiezieniem na roboty przymusowe do Niemiec.

Pierwsze lata na Mazurach
Tadeusz Frączek

DRAMAT W GOSPODARSTWIE DEMBIŃSKICH

W czasie okupacji zmarła młodsza siostra mamy, Zosia. Rodzina wykonywała różne prace w gospodarstwie. Przykładowo, kilkuletni brat mamy Edward zajmował się zbieraniem z gniazd kurzych jajek. Pod koniec wojny w mojej mamie, wówczas jeszcze nieletniej, zakochał się znacznie starszy od niej jeden z braci Dembińskich. Kiedy front przetaczał się przez ich miejscowość, w dom Dembińskich uderzył pocisk artyleryjski. Pech chciał, że spadł w pobliżu okienka piwnicy, w której chowali się gospodarze, zabijając tegoż Dembińskiego. Rodzina babci uciekła przed frontem do miejscowości Rostkowo. Jest to ta sama miejscowość, w której znajduje się kamień z odciśniętą stopą św. Stanisława Kostki.

KIERUNEK: PRUSY WSCHODNIE

Po przejściu frontu babcia Rozalia podjęła decyzję o wyjeździe na tzw. ziemie odzyskane.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Obrano kierunek na Prusy Wschodnie. Ministerstwo Ziem Odzyskanych skierowało zbędne nadwyżki ludności z powiatu makowskiego do powiatu szczycieńskiego. Ponieważ brakowało zmechanizowanego transportu, wójt otrzymał polecenie, aby podstawić furmanki i na „owsiany gaz” przewieźć tę ludność na nowe terytorium. Rodzina mamy jechała na jednym wozie z rodziną Nagłowskich. Łącznie z woźnicą podróżowało tak czternaście osób. Trudno tu mówić o względnej wygodzie. Podróż do Rańska trwała trzy dni. Obstawę transportu stanowili żołnierze sowieccy.

„WY DZIŚ WSZYSCY MAZURZY”

Kiedy kawalkada dotarła do Szczytna, sprawiało ono wrażenie wymarłego miasta. W pewnym momencie przybyszom zamajaczyła jakaś postać na pl. Juranda. Jeden z Rosjan podbiegł do niej i zapytał, kim jest. Tamten odpowiedział, że jest Mazurem. Otrzymał wówczas silny cios, po którym padł na ziemię i usłyszał: „wy siewodnia wsie Mazury, ty germańcu”. Nieszczęśnik zalał się krwią i takie było jego pierwsze spotkanie z nową rzeczywistością. Rzecz ta rozegrała się 5 maja, kiedy Niemcy nie podpisały jeszcze aktu kapitulacji. Tak został potraktowany jeden z 600 tysięcy Mazurów, o których państwo polskie mówiło, że mają polskie pochodzenie.

W RAŃSKU

Transport z moją mamą dotarł do Rańska i tam został rozładowany. W Rańsku poszczególne rodziny zaczęły zajmować zabudowania, z których uciekły rodziny mazurskie. Ze względu na to, że dziadek został we Francji, zabrakło głowy rodziny i przez to była ona mniej ofensywna w urządzaniu się w nowym miejscu zamieszkania. Do tego babcia Rozalia była chorowita i mało zaradna. Cały obowiązek dbania o rodzinę spadł ma moją mamę, wówczas niespełna 20-letnią dziewczynę. Ten stan rzeczy przyczynił się do zajęcia wyraźnie gorszych zabudowań w porównaniu do pełnych rodzin.

W końcu maja 1945 r. przybyła do Rańska rodzina brata ojca, Józefa. Wraz z nią także mój ojciec, już wówczas starszy kawaler. Frączkowie zajęli gospodarstwo za miedzą mojej mamy. Bezpośrednie sąsiedztwo zbliżyło moich rodziców do siebie. Wzajemny alians zakończył się po kilku latach zawarciem związku małżeńskiego. Z tego związku na świecie pojawiłem się najpierw ja, w 1947 r., trzy lata później siostra Irena, siedem lat później brat Andrzej i dziesięć lat później najmłodsza siostra Teresa. Zarówno moja rodzina, jak i stryja Józefa żyła z uprawy roli. Moje gospodarstwo stopniowo rozrastało się pod względem liczby hektarów, jak też hodowanego inwentarza. Utrzymywanie się z pracy na roli nie było łatwe. Kosztem rolnictwa odbudowywano Polskę i rozwijano przemysł. Sytuację rodziny dodatkowo komplikował stan zdrowia mojej siostry Ireny – choroba heinego medina, która uczyniła ją niepełnosprawną na całe życie.

Z każdym rokiem pracowitość rodziców przynosiła coraz lepsze efekty materialne. Mama zawsze mówiła mi, jak i pozostałemu rodzeństwu - „ucz się, by twoja przyszłość była lżejsza niż moja”.

NIEBEZPIECZNA PRZYGODA STRYJA

Pierwsze lata w Rańsku miały swoją specyfikę. Przyczyniała się do tego obecność żołnierzy sowieckich, którzy nie żałowali sobie alkoholu. Przytoczę tutaj zdarzenie z udziałem stryja Józefa. Był on niemal od dziecka zapalonym wędkarzem. Zimową porą wybrał się z dwoma znajomymi na Jezioro Rańskie, które dotyka linią brzegową do zabudowań wsi. W pewnym momencie przyplątał się pijany Rosjanin i zażądał oddania zegarka, który był dla sowietów swoistą relikwią. Stryj Józef wyrwał mu z ręki karabin, przekazał koledze i powiedział, by zaniósł go do komendantury sowieckiej. Całe szczęście, że stryj był istotą myślącą i zaczął się w kolejnych dniach ukrywać. Sowieci przez szereg dni nachodzili wieś w jego poszukiwaniu. Nietrudno się domyślić, jaki byłby tego finał. Z rąk sowietów zginęło w Rańsku dwóch Mazurów.

Cdn.

Tadeusz Frączek{/akeebasubs}