W piątkowy wieczór na ul. Ostrołęckiej doszło do potrącenia psa. Ranne zwierzę długo musiało czekać na pomoc, bo wskazany przez miasto lekarz weterynarii nie odbierał telefonu, a kilku innych, do których dzwonili przybyli na miejsce policjanci odmówiło przyjazdu. - Cóż z tego, że w miejskim programie zapobiegania bezdomności pojawia się zapis o lekarzu, który ma podpisaną umowę na pomoc zwierzętom poszkodowanym w wypadkach, skoro w praktyce to nie działa – nie kryje goryczy prezes szczycieńskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
CZEKANIE NA POMOC
W piątkowy wieczór po godzinie 21.00 na ul. Ostrołęckiej w Szczytnie został potrącony pies. Najprawdopodobniej nagle wbiegł pod koła samochodu. Uderzenie nie było mocne, ale zwierzę, które doznało poważnych obrażeń wewnętrznych, leżało w bezruchu, drżało i skomlało. Kierowca zatrzymał się, aby sprawdzić, co się stało, a będąca świadkiem zdarzenia kobieta zadzwoniła po pomoc. Na miejsce przyjechały wolontariuszki Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami oraz patrol policji. - W tym momencie zaczęła się nasza blisko godzinna próba ściągnięcia jakiegokolwiek lekarza weterynarii – relacjonuje prezes szczycieńskiego oddziału TOZ Irena Dobryłko.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
MARTWE PRAWO
To już nie pierwsza taka sytuacja, kiedy w weekend czy też dni świąteczne pojawia się problem z pomocą rannym zwierzętom. - W Szczytnie nie ma żadnych dyżurów, ani choćby podanych numerów telefonów do pracownika Urzędu Miejskiego, który wskazałby, dokąd udać się po ratunek, kiedy lekarz nie może przyjechać – mówi szefowa TOZ. Jej obserwacje potwierdza szczycieńska policja. - Mamy co prawda numer do wskazanego przez miasto lub gminę lekarza, ale zdarza się, że ten nie odbiera – informuje st. sierż. Izabela Cyganiuk, rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Szczytnie. Dodaje, że w takich przypadkach funkcjonariusze próbują się skontaktować z innymi weterynarzami, ale i to nie zawsze przynosi skutek. - To uciążliwe dla nas, bo patrol jest wtedy zablokowany – mówi rzecznik.
Każdy samorząd, w tym miejski, przyjmuje program zapobiegania bezdomności, w którym widnieje zapis o lekarzu, mającym podpisaną umowę na pomoc zwierzętom w wypadkach, ale okazuje się, że to tylko teoria. W dokumencie obowiązującym w Szczytnie taka osoba nie jest nawet wskazana z imienia i nazwiska, podczas gdy w sąsiedniej gminie Szczytno – już tak. - Mamy niedziałające programy, martwe zapisy i niestety brak chęci do działania, tak po prostu, ze strony służb i urzędów – podsumowuje prezes Dobryłko.
NIECH MIASTO PŁACI ZA DYŻURY
Lekarz, z którym jako pierwszym kontaktowała się policja w piątkowy wieczór tłumaczy, że nie ma podpisanej umowy z Urzędem Miejskim, tylko z Zakładem Gospodarki Komunalnej. - Zgodnie z jej zapisami, leczę zwierzęta, które są przywiezione do schroniska albo bezpośrednio do mojego gabinetu. To, czy po zgłoszeniu pojadę na miejsce wypadku, to tylko i wyłącznie moja dobra wola – wyjaśnia doktor, podkreślając, że zwykle takiej pomocy udziela, nie bacząc, czy jest to weekend czy święto. - Wiele razy byłem odrywany od wigilijnego stołu czy też zabawy sylwestrowej, bo dzwoniła policja z prośbą o interwencję – mówi.
Według niego rozwiązaniem problemu byłoby ustalenie przez miasto, w porozumieniu z lekarzami dyżurów, za które urząd by im płacił.
Za wypracowaniem skutecznego rozwiązania, które miałoby zastosowanie w praktyce, jest także TOZ. Dlatego jego szefowa zapowiada, że wkrótce chce się spotkać w tej sprawie z władzami miasta.
URZĄD MILCZY
O wyjaśnienia w tej sprawie zwróciliśmy się do Urzędu Miejskiego w Szczytnie. Naczelnik Wydziału Gospodarki Miejskiej Katarzyna Hrybek nie udzieliła nam odpowiedzi, tłumacząc się, że jej przełożeni nakazali jej odpowiadać tylko na pytania nadesłane drogą mailową. Te skierowaliśmy do wiceburmistrz Ilony Bańkowskiej, ale do chwili zamknięcia tego wydania gazety nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
