Zacznę od oświadczenia, że nie jestem ani zapalonym kibicem sportowym, ani tym bardziej znawcą piłki nożnej, zatem mój felieton nie będzie analizą poczynań reprezentacji Polski i innych nacji na minionych mistrzostwach Europy, ale raczej garścią wspomnień i dywagacji na tematy obyczajowe, ze sportem związane.

Piłka nożna

W dzieciństwie, w latach pięćdziesiątych, jak każdy chłopak grywałem „w nogę”. W Warszawie, na podwórku będącym zapleczem odbudowy ulicy Nowy Świat. Jakiś tam komitet blokowy zagonił wówczas miejscową dzieciarnię do pomocy w odgruzowaniu niewielkiego placyku, uporządkowaniu go i urządzeniu tam boiska piłkarskiego dla własnych potrzeb. No i nie powiem - pograliśmy sobie, ale tylko jedno lato. W następnym sezonie, na oczyszczony przez dzieci plac przyjechały koparki i rozpoczęto na nim budowę kina SKARPA. A nam pozostało „postać sobie w bramie”. Albo pod trzepakiem. Podczas piłkarskiego, dziecięcego sezonu okazało się, że co do mnie, to gram na boisku raczej kiepsko, ale miałem znakomity refleks. Zatem ustawiano mnie w bramce. Tutaj dawałem sobie radę bardzo dobrze, toteż moje późniejsze sporty jakie uprawiałem już w klubach pod okiem trenera, to była szermierka, a także przez krótki czas boks. Kiedy w owych dziecięcych jeszcze latach ojciec zabierał mnie na stadion, abym pooglądał niektóre mecze piłkarskie, moim idolem był bramkarz CWKS Warszawa (Legia) Edward Szymkowiak.

Cofnijmy się jeszcze bardziej w czasie. Pierwszy w historii międzypaństwowy mecz polskiej reprezentacji rozegrano 18 grudnia 1921 roku.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} To znaczy, że za pięć miesięcy obchodzić będziemy 95. rocznicę polskiej piłki nożnej. Wprawdzie PZPN założono już dwa lata wcześniej, ale żadne ogólnopolskie rozgrywki nie były możliwe z uwagi na trwającą wojnę polsko - bolszewicką. Ten pierwszy międzynarodowy mecz, to było spotkanie z Węgrami, w Budapeszcie, na stadionie „Hungaria”. Dla reprezentacji Węgier był to już osiemdziesiąty mecz, tymczasem drużyna Polski była debiutantem. Toteż na stadionie, na którym z reguły kibicowało 30 000 widzów, tym razem było ich zaledwie 8 000. Co prawda wpływ na liczbę kibiców miała także pogoda. Padał deszcz ze śniegiem. Węgrzy byli oczywistymi faworytami. Dopiero co wygrali 3:0 z Niemcami i 4:2 ze Szwecją. Tymczasem okazało się, że wprawdzie zwyciężyli także i polską reprezentację, ale zaledwie wynikiem 1:0. Był to rzeczywisty sukces polskiej drużyny.

Warto przypomnieć gwiazdora ówczesnej reprezentacji Wacława Kuchara. Udało mu się podczas owego meczu oddać silny i celny strzał w stronę bramki. Piłka trafiła w głowę węgierskiego bramkarza, który padł zemdlony. Sędzia nie przerwał gry i Kuchar mógł spokojnie ponowić strzał, tym razem do pustej bramki. Ale gdzie tam! Nasz mistrz podbiegł do bramkarza i zaczął go cucić! Czy dzisiaj możemy sobie wyobrazić, aby jakikolwiek zawodnik zachował się w ten sposób? No, ale w dawnych latach obowiązywało jeszcze pojęcie fair play. Przy okazji dodajmy, że Wacław Kuchar był sportowcem niezwykle wszechstronnym. Poza piłką nożną reprezentował Polskę w lekkiej atletyce, łyżwiarstwie szybkim i figurowym, a także hokeju na lodzie. Toteż w pierwszym plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, w roku 1926 wybrano go najlepszym polskim sportowcem.

Nieco zapomniany Wacław Kuchar zmarł w Warszawie, w roku 1981, w wieku 84 lat.

Przy okazji wspomnijmy jeszcze jednego gwiazdora piłkarskiego tamtych lat. Bez wątpienia znakomitego piłkarza, choć uważanego za postać dość kontrowersyjną. Mam na myśli Ernesta Wilimowskiego zwanego EZI. Pochodził z górnośląskiej rodziny i grywał w klubach zarówno polskich jak i niemieckich. W latach 1934, 1936 i 1939 wybierano go w mistrzowskich rozgrywkach na króla strzelców.

Słynny EZI był bez wątpienia pierwowzorem dzisiejszych celebrytów. Zdarzało się, że po meczu odjeżdżał trzema dorożkami. W pierwszej jechał on, w drugiej przewożono piłkę, a w trzeciej jego buty. Ezi lubił wypić, a uwielbiał słodkie likiery. W roku 1936 jego drużyna Ruch Hajduki Wielkie z Chorzowa przegrała z Cracowią aż 0 do 9, a Wilimowski został zdyskwalifikowany za grę w stanie nietrzeźwym (mówiono, że po całonocnym bankiecie widział na boisku aż cztery piłki, co utrudniało mu grę). Zrehabilitował się dwa lata później, kiedy podczas meczu z Brazylią, na mundialu w 1938 roku, strzelił przeciwnikom aż cztery bramki.

To mniej więcej tyle na dzisiaj. Poniekąd miło wspomnieć, że niegdyś u biało-czerwonych to i fantazję ułańską można było dostrzec i honorowe podejście do zasad fair play. Łza się w oku kręci.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}