Dzisiaj chętnie zająłbym się tematyką szczycieńską, ale aktualnie nie jestem na bieżąco. Cały tydzień spędziłem w Warszawie, a po powrocie nie zdążyłem przejrzeć miejscowej prasy. Nic zatem nie wiem. Nie chciałbym zanudzać czytelników sentymentalnymi opisami miejsc, które odwiedziłem w Stolicy - mieście, gdzie spędziłem 60 lat życia. Spróbuję więc nieco inaczej.
Tydzień temu, wspominając Xymenę Zaniewską, napisałem, że nieco poplotkuję o środowisku z nią związanym. Tymczasem zabrakło mi miejsca na łamach. Zatem dzisiaj kilka plotkarsko - sentymentalnych opowiastek, jako uzupełnienie felietonu sprzed tygodnia. Z przeznaczeniem głównie dla pań, bo najwięcej będzie o miłości.
Pierwszym mężem bohaterki mojego poprzedniego felietonu był Ryszard Zaniewski. Poznali się z przyszłą żoną na studiach. Przypominam, że pani Xymena studiowała na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej w latach 1947-52. Z Ryszardem Zaniewskim byli małżeństwem przez 12 lat. Ich synem jest, urodzony w roku 1956, znakomity twórca, o którym napisałem przed tygodniem kilka zdań - Iwo Zaniewski. Na początku lat sześćdziesiątych pani Zaniewska poznała Mariusza Chwedczuka. Mariusz Chwedczuk, osiem lat młodszy od pani Zaniewskiej, jest sławnym telewizyjnym scenografem. W latach 1965-1968 pracował jako Główny Scenograf Telewizji Kraków, później przeniósł się do Warszawy. Pani Xymena już od roku 1958 pracowała w telewizji i wypracowała sobie artystyczną pozycję co najmniej równie wysoką jak Chwedczuk. Współpracując z telewizyjnym teatrem Adama Hanuszkiewicza to właśnie ona, pierwsza w Polsce, zastosowała, jako scenograficzne tło dla telewizyjnych spektakli fotosy, w miejsce tradycyjnych, teatralnych dekoracji.
I oto między tymi dwoma mistrzami scenicznej plastyki zaiskrzyła miłość.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Niedawno wyszła książka „XYMENA”, autorstwa Xymeny Zaniewskiej-Chwedczuk. Pracowała nad nią od roku 1994, czyli 21 lat. Jeszcze jej nie czytałem, ale już nie mogę się doczekać. To muszą być niezwykłe wspomnienia!
W felietonie sprzed tygodnia wspomniałem, że pierwszym autorskim dziełem pani Xymeny były projekty wnętrz, otwartej w roku 1952, kawiarni „Pod Kurantami”, na warszawskim MDM-ie. Zatem pójdźmy tym tropem. W kawiarni owej, na owe czasy luksusowej, ale przystępnej cenowo (takie były czasy), gości zawsze było co niemiara. Stał w tym lokalu przyzwoity fortepian, a przy nim pianista dbający o nastrój wieczoru. W takim znaczącym miejscu, podobnie jak w kawiarniach hotelowych „Bristol” i „Europejski”, grywali prawdziwi artyści. Nawet dla tych wielkich i uznanych pianistów „taperowanie” w knajpie tak wysokiej kategorii nie przynosiło ujmy. O ile dobrze sobie przypominam (nie znalazłem nigdzie potwierdzenia mojej pamięci) przez pewien krótki czas taperował „Pod Kurantami” także Wiktor Osiecki, ojciec słynnej poetki, czyli Agnieszki Osieckiej. Postać nietuzinkowa. Zatem kilka wspomnień na jego temat.
Pan Osiecki był znakomitym polskim kompozytorem i pianistą. Urodzony w roku 1905, w przedwojennych latach trzydziestych szefował muzycznie warszawskiemu teatrzykowi „Praskie oko”. W tym czasie można było posłuchać „kawiarnianych” melodii grywanych przez niego na pianinie w renomowanych lokalach. Podobnie było po wojnie, kiedy pan Osiecki objął kierownictwo muzyczne warszawskiego teatru „Syrena” (1958-1971). Miał wówczas 53 lata. W tym teatrze poznał Józefinę Pellegrini – aktorkę i piosenkarkę. Kobietę niezwykle atrakcyjną. Dzieciakiem byłem w owych latach, ale panią Pellegrini, piosenkarkę, doskonale pamiętam z estradowych występów. Wydawała mi się, romantycznemu maluchowi, przepiękna, niczym jakaś bajkowa królewna.
No i pan Wiktor Osiecki zakochał się, porzucił rodzinę (z córką Agnieszką) i ożenił z panią Józefiną. Przeżyli razem około 20 lat i ponoć byli niezwykle dobraną, kochającą się parą. Po śmierci Wiktora Osieckiego, w roku 1977, Józefina Pellegrini porzuciła teatr oraz estradę i zajęła się parapsychologią, a także wróżbiarstwem. W latach osiemdziesiątych była najsłynniejszą, warszawską wróżką. Drzwi do jej lokalu nie zamykały się.
No to by było na tyle, przynajmniej dzisiaj, ploteczek miłosnych z dawnego, wielkiego, artystycznego świata.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
