Początek sezonu

Tak jak napisałem w poprzednim felietonie, ratuszowa wieża widokowa została udostępniona zwiedzającym, a nie jest to wcale takie proste. Ten fragment zabytkowego budynku nie posiada ogrzewania, toteż w okresie zimowym wieżę się zamyka. Wszelakie dekoracje i wystawy jakie stanowią letnią atrakcję jej wnętrz trzeba usunąć, aby nie uległy zniszczeniu na skutek temperatury i wilgotności. Przed sezonem wakacyjnym opuszczone zimą wnętrza należy doprowadzić do stanu używalności, to jest wypucować, pomyć okna i usunąć ewentualne usterki. Później członkowie Towarzystwa Przyjaciół Muzeum wespół z Szczycieńskim Towarzystwem Przyrodniczym przystępują do uatrakcyjnienia pięciu kolejnych kondygnacji, realizując na nich wielotematyczne wystawy. Chodzi o to, że aby wejść na najwyższy, widokowy poziom trzeba pokonać wysokość odpowiadającą dwunastu piętrom nowoczesnego mieszkalnego wieżowca. Nie jest to wcale łatwe. Należy zatem dać zwiedzającym pretekst do kolejnych postojów. Zanim będą mogli popatrzeć na Szczytno z wierzchołka wieży, niech mają okazję kilkakrotnie odpocząć, oglądając specjalnie dla nich przygotowane ekspozycje. W tym roku zainstalowano na wieży aż siedem różnych wystaw. Jest zatem co oglądać.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Tak się złożyło, że w tym roku pierwszymi gośćmi ratuszowej wieży były moje dwie kuzynki z Kanady, które podróżując po Europie postanowiły także zahaczyć o Polskę i przy okazji spotkać się ze mną i moją żoną. Tu dodam, że obie panie były już raz w Szczytnie przed pięciu laty. Obecnie zachwycił je wygląd miasta i dostrzegły szereg pozytywnych zmian. Ponadto chwaliły personel hotelu „Krystyna”, gdzie mieszkały, za serdeczną i ciepłą życzliwość, a także hotelową kuchnię za różnorodność i smak serwowanych dań. Tu i ja dołączę się do pochwał, ponieważ powitalną kolację jedliśmy wspólnie. Dość dawno nie byłem w „Krystynie” i muszę stwierdzić, że aktualna karta, dla mnie nowa, zasługuje na wyrazy uznania.

A skoro jesteśmy przy sprawach kulinarnych, to jeszcze kilka zdań na temat szczycieńskiej gastronomii. Tym razem przytoczę zabawną anegdotkę, z której wynika, że szczycieńskie lokale zyskują najwyższe uznanie pośród turystów spoza Polski. Pewna spokrewniona ze mną dama, mieszkająca na stałe w Hiszpanii, spędza obecnie wakacje w swoim letnim, polskim domku nad Pisą, w lesie w pobliżu Turośli. Osiemdziesiąt kilometrów od Szczytna. Godzina drogi samochodem. Czasem odwiedza nas. Podczas niedawnej wizyty w Szczytnie poszliśmy do opisywanej już przeze mnie restauracyjki „Karmuszka” na tradycyjne, ukraińskie pierożki – pielmieni. Zgodnie uznaliśmy, że są znakomite. Anna wróciła do swojego kurpiowskiego domku. I oto po kilku dniach, na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności okazało się, że nasz niedawny gość musi natychmiast poddać się zabiegowi operacyjnemu. Mieszkając obecnie samotnie na Kurpiach miała do wyboru przyjazd do szpitala w Łomży (bliżej) lub do Szczytna. Wybrała Szczytno. Przyjechała i została elegancko przyjęta, położona w czystym, dwuosobowym pokoju i już następnego dnia zoperowana. Kiedy wybudziła się z narkozy zadzwoniła do mnie na komórkę. Była jeszcze półprzytomna, a jej pierwsze słowa brzmiały tak: Andrzej, już po wszystkim. Jest w porządku, ale jestem cholernie głodna. Czy mógłbyś przywieźć mi do szpitala porcję pielmieni z tej małej knajpki, gdzieśmy ostatnio jedli? Tak zrobiłem. Dodam, że kiedy Anna opuściła szpital, przed powrotem nad Pisę kupiła na wynos kilka porcji swoich ulubionych pierożków. Górą Szczytno!

Dzisiejszy felieton to same pochwały. Było o szczycieńskich turystycznych atrakcjach - gastronomia, hotel, wieża… zatem teraz jeszcze krótka pochwalna opowieść o tutejszym mieszkańcu. Człowieku, którego nie znam, ale gdy przypadkiem los nas zetknął, od razu mi się spodobał. Podczas niedawnych ostrych upałów wracałem samochodem z leśnego spaceru z moim psem. Bardzo dużym, czarnym labradorem. Siedział na tylnym siedzeniu. W aucie było przyjemnie chłodno, ponieważ miałem włączoną klimatyzację. Po drodze zatrzymałem się na parkingu przed Kauflandem, aby w tamtejszym kiosku kupić gazety. Ponieważ taki zakup trwa tylko kilka minut zostawiłem w samochodzie zamknięte okna, aby utrzymać w nim klimatyzacyjny chłodek. Kiedy zacząłem oddalać się od pojazdu z sąsiedniego auta wyskoczył kierowca i rozdarł się na mnie, że w taki gorący dzień nawet nie raczę otworzyć okien i zostawiam biedne zwierzę na pastwę upału. Oczywiście spokojnie wyjaśniłem sytuację. Sąsiad z parkingu uspokoił się i przeprosił. Poszedłem po gazety. Przyznam, że reakcja owego pana zaimponowała mi. Szanuję takich ludzi.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}