Dwa tygodnie temu pisałem o „polskiej specjalności”, czyli o tak zwanej ułańskiej fantazji.

To był felieton poważny, oparty na historycznych faktach. Zamierzam kontynuować ów temat, aczkolwiek w wersji nieco żartobliwej, opartej o czasy współczesne. Jak zwykle piszę w niedzielę. Wczoraj oglądałem mecz piłkarski Polska - Hiszpania. Dzisiaj, kiedy tylko włączyłem telewizor, nasłuchałem się komentarzy o nieprawdopodobnej dziarskości i samozaparciu naszych dzielnych piłkarzy. Pan redaktor Rymanowski, w swoim porannym programie, posunął się aż tak daleko, że przyrównał poświęcenie polskich futbolistów do szwoleżerów pułkownika Kozietulskiego i ich szarży pod Samosierrą. W latach hiszpańskiej batalii Napoleona. Akurat opisałem tę szarżę przed dwoma tygodniami, zatem uważam, że pan redaktor mocno przesadził. Ale tym samym sprowokował mnie (podpuścił), aby w dzisiejszym felietonie pożartować sobie z współczesnego znaczenia pojęcia „ułańska fantazja”.

Zacznę od męskich ambicji alkoholowych.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Mieć tak zwaną mocną głowę, to wielki splendor dla mężczyzny z Europy wschodniej. My Polacy nie możemy darować Rosjanom, że uważają siebie za niedoścignionych mistrzów w umiejętności spożywania alkoholów mocnych. W słynnym filmie „Los człowieka” (film z roku 1959) reżyser Siergiej Bodnarczuk nakręcił znakomitą, zapamiętaną do dzisiaj, krótką scenkę. Podczas esesmańskiej libacji w obozie koncentracyjnym, potwornie wygłodzony rosyjski więzień dostaje, z pańskiej łaski, szklaneczkę czystego spirytusu do wypicia. Wypija ją jednym haustem. Wówczas niemiecki oficer, pokazując zastawiony stół, mówi do jeńca: „możesz zakąsić”. Rosyjski więzień, mimo że niemal umiera z głodu, odpowiada z dumą: „po pierwszym nie zakąszam”. Podczas moich licznych wyjazdów za granicę, jako projektanta polskich stoisk na różnorodnych targach międzynarodowych, często obserwowałem wieczorne, zakrapiane spotkania naszych ziomków - pracowników ekip technicznych, z przedstawicielami innych nacji wschodniej części Europy. Tutaj dodam, że oprócz narodów słowiańskich, szczególne ambicje w dorównaniu Rosjanom w „biesiadnej męskości” przejawiali Szwedzi . A także Finowie.

Skoro sięgnąłem do własnych wspomnień, to opiszę jeszcze kilka zabawnych, barowych epizodów. Podróżowałem niegdyś po Francji, w towarzystwie mojego przyjaciela Marka. Zatrzymaliśmy się w Nicei. Miasto portowe, zatem późnym wieczorem poszliśmy przejść się wzdłuż wybrzeża. Po drodze wstąpiliśmy do małej, miejscowej tawerny. Przy kilku stolikach siedzieli starsi, spracowani faceci. W tradycyjnych baskijskich beretach oraz niebieskich dżinsach-ogrodniczkach na szelkach. Z boku, za ladą barku, drzemał siwowłosy właściciel lokalu. Obudziliśmy dziadka i poprosiliśmy o dwa kieliszki czystego marc. Jest to mocna wódka (45%) pędzona z wytłoczek winnych. Coś podobnego do włoskiej grappy. Dziadek nalał dwa małe kieliszeczki i grzecznie spytał, co podać do popicia. Marek spojrzał na niego z pogardą i powiedział: - Nic nie chcemy do popicia, a nalej nam po porządnej szklaneczce, a nie takie naparstki. Tutaj dodam, że mój przyjaciel jest człowiekiem drobnym, szczuplutkim, wyglądającym raczej romantycznie niż bojowo. Dziadek nieco zdumiony nalał nam dwie szklaneczki stugramowe. Wypiliśmy je błyskawicznie, przy barze. Wówczas zdumieni biesiadnicy knajpki unieśli się ze swoich krzeseł, a słysząc, że rozmawiam z Markiem w obcym języku spytali, czy jesteśmy Rosjanami. Niewielki Mareczek z dumą powiedział, że nie, że jesteśmy Polakami i on prosi barmana o jeszcze jedną kolejkę. Staruszek barman, jak to usłyszał, zerwał się na równe nogi i zakrzyknął, że skoro jesteśmy Polakami, to drugą kolejkę on stawia, a także napije się z nami. A to dlatego, że podczas wojny walczył u boku Polaków i uważa ich za najwspanialszą nację jaką poznał. Po wypiciu kielicha podziękowaliśmy dziadkowi i ruszyliśmy kontynuować spacerek. Dziarski właściciel oraz portowi robotnicy pożegnali nas na stojąco. Brawami. Uszanowali ułańską fantazję mojego przyjaciela.

Podobnych przygód mógłbym opowiedzieć więcej, ale dajmy już sobie spokój z tym alkoholem. Opiszę pewien ambitny wybryk innego z moich przyjaciół, tym razem na Kubie, w Hawanie, w hotelu „Habana Libre”. Było to w roku 1974. Opowiastka dotyczy Tomka Rumińskiego, słynnego w tamtych latach grafika, autora wielu słynnych plakatów. Na Kubie wspólnie projektowaliśmy polską ekspozycję i spędziliśmy w Hawanie dwa tygodnie. Nasz hotel był wówczas najbardziej wykwintnym na wyspie. Należeliśmy do polskiej, oficjalnej delegacji, toteż mieliśmy na terenie hotelu tzw. credito totale. W ówczesnej Hawanie w ogóle nie było sklepów, natomiast dla nas otwarte były hotelowe restauracje (łącznie z alkoholem), kioski i sklepy. Za darmo. Tylko na podpis rachunku. Teraz dodam, że policyjny system nadzoru był wówczas wszechobecny. Tubylcom nie wolno było kontaktować się z cudzoziemcami. Hotel był tak chroniony (schody, windy itp.), że nie było mowy o wprowadzeniu do środka kogokolwiek obcego. A jednak Tomek i ja wypracowaliśmy metodę ominięcia wszystkich tajniaków. Było to bardzo skomplikowane, ale skuteczne. Kilkakrotnie zapraszaliśmy do naszego apartamentu, na dwunaste piętro, sympatycznych tubylców. Była to dla nich niespotykana okazja zobaczyć w jakim luksusowych warunkach mogą mieszkać ludzie związani z władzą. Na socjalistycznej Kubie, wyspie skrajnych nędzarzy. Nasi znajomi z ekipy polskiej nie mogli uwierzyć, że nasz zwariowany pomysł wypalił. Ot, ułańska fantazja Tomka i moja.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}