Wszechobecna polityczna medialna wrzawa w końcu dopadła i mnie. Tydzień temu zastanawiałem się nad wydumanym i raczej mało popularnym pośród naukowców określeniem „polityka historyczna”. Dzisiaj korci mnie, aby pogawędzić o „polityce personalnej”, inaczej zwanej kadrową. Ten akurat termin jest określeniem jednoznacznym i w każdej politycznej opcji na całym świecie stanowi jej podstawę organizacyjną.
Przyznam szczerze, że być może dałbym sobie spokój z dywagacjami na temat kadrowych ruchów wewnątrz rządzącej w Polsce partii, a także w jednostkach podległych dzisiejszej władzy, gdyby nie - zasługująca na szacunek - postawa komendanta powiatowego Państwowej Straży Pożarnej w Szczytnie Mariusza Gęsickego. Jak czytaliśmy niedawno w „Kurku Mazurskim”, odgórnie postanowiono pozbyć się go, odprawiając na emeryturę. Tymczasem Mariusz (piszę po imieniu, ponieważ znamy się dobrze od lat) odmówił przejścia w stan spoczynku i jest gotów nadal być strażakiem, choć już nie dowódcą. Oznacza to oczywistą degradację (na „własną prośbę”), poza tym stratę finansową, bowiem, kiedy w niedalekiej przyszłości odejdzie on na emeryturę, nie będzie to finansowy wymiar świadczenia na poziomie komendanta, a jedynie niżej uposażonego oficera straży pożarnej.
Do decyzji st. bryg. Mariusza Gęsickiego i spraw z nią związanych jeszcze wrócę, natomiast zajmijmy się obecnie aktualną interpretacją pojęcia „polityka personalna”.
Od kilku tygodni o niczym innym nie słyszę w telewizji, jak o nagrodach wypłaconych sobie i innym przez Beatę Szydło. Fakt, że kwoty były wysokie. W przeliczeniu na dobra materialne, każdy ministerialny, zapracowany geniusz (ci zwolnieni za nieudacznictwo także) otrzymał w nagrodę przyzwoity, nowy samochód. Niechętna, antypisowska reakcja obywateli, czyli suwerena, zmusiła prezesa partii rządzącej do reakcji wprawdzie ostrej, ale mało przekonującej, bowiem jeszcze kilka dni wcześniej uważał on, że nagrody to rzecz święta i nie ma co zawracać sobie tym głowę. No, ale teraz nagle kazał oddać pobraną forsę. I oto rozpoczęły się publiczne, telewizyjne, świętoszkowate dywagacje krajowych polityków o misji i służbie, jakiej podjęli się wyłącznie dla idei, albowiem pieniądze nie znaczą dla nich nic. Niebywała hipokryzja. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Wracając do starszego brygadiera Mariusza Gęsickiego. Nie tylko szanuję jego wybór, ale poniekąd utożsamiam się z nim, ponieważ w moim życiu podjąłem niegdyś podobną decyzję. Przed wielu laty, w PRL, byłem kierownikiem pracowni w przedsiębiorstwie państwowym. Miałem pod sobą 37 osób personelu + kilkaset osób na umowach o dzieło (artyści). Któregoś dnia wezwał mnie dyrektor firmy i oznajmił, że jest zmuszony przyjąć do pracy jakiegoś byłego wysokiego funkcjonariusza partyjnego, oczywiście na stanowisko kierownicze. Wybrał etat mój, ale jeśli zgodzę się pozostać nadal w pracowni, jako zastępca nowego szefa, nie zmieni mojego uposażenia i będzie bardzo zadowolony, bo przecież ten nowy towarzysz nie ma żadnego pojęcia o naszej robocie. Zgodziłem się. Dwa lata byłem zastępcą faceta, który naprawdę nic nie potrafił, ale był dość układny, miły i nie wtrącał się. Starszy pan przed emeryturą. Ile trzeba odsiadywał przy biurku czytając gazety i - do domu. A potem nastała w kraju „Solidarność”. Pozbyto się z firmy niektórych pracowników, w tym mojego szefa. No a ja? Nie należałem do PZPR i byłem dobrze przygotowany zawodowo. Zaproponowano mi zatem etat zastępcy dyrektora Warszawskiego Oddziału Przedsiębiorstwa. Poważny awans. I jako ten solidarnościowy wicedyrektor przetrwałem do stanu wojennego. Wtedy znów wszystko wokół rozpieprzyło się i dałem sobie spokój z firmą. Odszedłem. Sam z siebie. Nie mogłem znieść panoszącej się nowej „grupy trzymającej władzę”.
Przez analogię do moich osobistych wspomnień przypuszczam, że Mariusz Gęsicki przetrwa zły czas. Jest profesjonalistą i zawodowcem najwyższej klasy, a polityczni decydenci? Na ogół ich żywot krótki jest. Znam Mariusza dostatecznie długo, aby wiedzieć ile jest wart. Naprawdę bardzo dużo! W Warszawie mówiło się o takich „charakterny”.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
