Dramatyczny spadek liczby urodzin notuje w tym roku szczycieński szpital. W pierwszym kwartale na świat przyszło w nim zaledwie 47 dzieci. Z tego powodu oddział generuje potężne straty finansowe. - Na dłuższą metę nie damy rady tego utrzymać – nie ma złudzeń dyrektor Beata Kostrzewa.

Porodówka bez porodów
Beata Kostrzewa: - Po prostu kobiety nie chcą rodzić. Na ulicach nie widzi się dziś pań w ciąży

KOBIETY NIE CHCĄ RODZIĆ

Kwiecień był najgorszym pod względem spadku liczby urodzeń miesiącem w tym roku w szczycieńskim szpitalu. Na świat przyszło tu tylko dziewięcioro dzieci, a w całym pierwszym kwartale – zaledwie 47. - W innych szpitalach powiatowych jest tak samo. Po prostu kobiety nie chcą rodzić. Na ulicach nie widzi się dziś pań w ciąży – zauważa dyrektor szczycieńskiego szpitala Beata Kostrzewa. Dodaje, że maj zapowiada się nieco lepiej niż kwiecień, ale to zmieni znacząco fatalnych statystyk. Taka sytuacja panuje w Szczytnie od kilku lat. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  - Do 2018 r. mieliśmy około 500 porodów rocznie, potem nastąpiło tąpnięcie i było ich 400. Dramatyczny spadek nastąpił po pandemii covidowej – mówi dyrektor. Obecnie rodzą kobiety, które na świat przyszły w latach dwutysięcznych, kiedy to już bardzo zauważalny stał się niż demograficzny. - Wtedy na świat przychodziło zdecydowanie mniej dzieci niż w latach 90., nie mówiąc już o latach 80. - mówi Beata Kostrzewa.

MY TEGO NIE UDŹWIGNIEMY

Obecna sytuacja fatalnie odbija się na kondycji finansowej szpitala. W ubiegłym roku głośno było o zamiarach ministerstwa zdrowia dotyczących zamykania oddziałów ginekologiczno – położniczych, w których rodzi się najmniej dzieci. Takie rozwiązanie groziło również Szczytnu, co wywołało opór lokalnego środowiska. Do zamknięcia porodówki nie doszło, ale jej los jest bardzo niepewny. - Ten oddział generuje potężne straty finansowe. Na dłuższą metę nie damy rady tego utrzymać – nie ma wątpliwości dyrektor. Ogromny wydatek stanowią dziś koszty osobowe. Obecne wymogi są takie, że na dyżurze muszą być trzy pielęgniarki położne, lekarz ginekolog, pediatra lub neonatolog, salowa i oddziałowa. - To gromada ludzi – podsumowuje dyrektor. Jej zdaniem potrzebne są rozwiązania systemowe, ale takie, które nie będą zmierzały tylko ku zamknięciu oddziałów i odsyłaniu kobiet do szpitali oddalonych od ich miejsca zamieszkania. - Na pewno nie może to być zamknięcie dla zamknięcia. Powinna być jakaś forma zabezpieczenia pacjentek, być może dodatkowa karetka, albo dyżurująca położna lub ginekolog – dywaguje Kostrzewa. Jak mówi, jakiś czas temu pojawił się pomysł, aby przy wojewodach powstały agendy mające rozstrzygać o tym, jak w danym województwie wyglądałaby mapa świadczeń zdrowotnych. Do nich należałyby decyzje np. o tym, gdzie miałby się znajdować oddział ginekologiczno – położniczy, interna czy zakład opiekuńczo – leczniczy. - Wojewodowie się jednak temu sprzeciwiali, bo nikt nie chce brać takiej odpowiedzialności na swoje barki – mówi dyrektor.

(ew){/akeebasubs}