Turystyczny sezon w Szczytnie niby jeszcze trwa, ale to już końcówka. Najważniejsze imprezy mamy za sobą. „Dni i Noce Szczytna”, „Jarmark Mazurski oraz „Święto Mazurskiego Kartoflaka”. W tutejszej prasie aż roi się od ocen owych świątecznych dni. Pozostawiłbym owe dziennikarskie oceny bez komentarza, gdybym nie zajrzał do Internetu.

Posezonowe refleksje
Jakoś to głupio zamykać centralną arterię miasta dla usytuowania garstki odpustowych straganów z tragicznie beznadziejną ofertą

Tam dopiero można poznać szeroką gamę opinii miejscowych odbiorców na temat zaplanowanych dla nich atrakcji. Zaciekawiło mnie, co na ten temat myśli normalny „Polak szarak” (określenie Stanisława Tyma) i jako jeden z nich postanowiłem dołączyć do powszechnej wymiany poglądów.

Zacznę od „Dni i Nocy Szczytna”. O koncertach nie będę się wypowiadał. Pozostawiam ich ocenę licznie zgromadzonej publiczności, według osobistych doznań. Odniosę się wyłącznie do organizacji miejskiego festynu. Jako nowość spodobało mi się rozdzielenie zabudowanej straganami przestrzeni na trzy sektory. Osobny dla artystycznego rzemiosła, osobny dla gastronomii i wreszcie ten trzeci, największy (!), dla plastikowej tandety. Pomysł dobry, choć budzi pewne zastrzeżenia.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Usytuowanie gastronomii przy parku, blisko jeziora małego, znakomite. Przede wszystkim z racji bliskiego kontaktu z pubem „Gama”, a dalej z „Mazurianą”. Także rzemieślnicy ustawieni na tle zabytkowych murów prezentowali się godnie i na miejscu. „Przegrała” natomiast ulica Odrodzenia. Jakoś to głupio zamykać centralną arterię miasta dla usytuowania garstki odpustowych straganów z tragicznie beznadziejną ofertą. Żenada. Natomiast inną tegoroczną nowość uważam za pomysł wspaniały. Prezentację zmagań mistrzów sportu na placu Juranda. Cóż za atrakcja! Prawdziwi mistrzowie, znani tylko z telewizji, tuż obok nas. Dla zagorzałych fanów sportu, zwłaszcza młodzieży, to musiało być wielkie przeżycie!

Dwa tygodnie później odbył się „XXI Jarmark Mazurski”. Kiedy 20 lat temu zainaugurowała ową imprezę ówczesna kierowniczka Muzeum Mazurskiego w Szczytnie, podstawowym założeniem było usytuowanie jarmarku pośród zabytkowych ruin. Dziewiętnaście razy to się udało, ale tegoroczną imprezę, a także poprzednią, trzeba było zrobić na placu Juranda. Z braku dostępu do ruin. Owszem było luźniej, wygodniej dla dostawców, ale niestety bez owej szczególnej atmosfery, przenoszącej uczestników jarmarku w czas dawno miniony. To trochę tak jak z szczycieńskim „Wieczorem Jazzowym”. Wprawdzie w warunkach sali MDK można było przygotować tegoroczny, muzyczny koncert na poziomie znacznie wyższym technicznie (akustyka) niż pośród ruin, a jednak zabrakło owego szczególnego klimatu, czyli rozgwieżdżonego nieba, a nawet sporadycznie padających deszczyków.

Jarmark Mazurski połączono, po raz pierwszy, ze świętem kartoflaka. Do tej pory jedenaście kolejnych imprez pod nazwą „Święto Mazurskiego Kartoflaka” organizowano jako osobny festyn. Czy to połączenie miało sens? W takiej formule, jaką widziałem, zapewne tak. W gruncie rzeczy odbyły się dwie odrębne imprezy, tyle że zorganizowane tego samego dnia i po sąsiedzku. Ja jednak mam nieco inny pomysł. A może by tak kartoflakowe stoiska włączyć w obchody „Dni i Nocy Szczytna”. To, co proponują podczas tej imprezy gastronomiczne namioty (co roku te same), czyli kilka potraw z grilla, to jest raczej średniej klasy chapanina. A ceny? Tragedia! Tymczasem miejscowy produkt, czyli kartoflak, jako konkurencja, może zmusiłby rutynowych tandeciarzy do podniesienia poziomu gastronomicznych usług, no i obniżenia cen. A być może, mając taką alternatywę, warto byłoby zrezygnować z wystawiania straganów z plastikową tandetą i tak zorganizować festyn, aby nie było konieczne zamykanie ulicy Odrodzenie.

Nie do końca wiem, w jaki sposób wygląda organizacja imprezy „Dni i Noce Szczytna”. Kto to właściwie robi, a zatem kto i za co odpowiada. Domyślam się, że przede wszystkim Miejski Dom Kultury oraz Wydział Promocji. W jakiś tam sposób uczestniczą w przygotowaniu także panie i panowie radni. Przez dziesiątki lat byłem współorganizatorem wielu podobnych imprez. Między innymi Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku, czy studenckich Juvenalii w Krakowie (wbrew pozorom ogromny festyn). Organizacja tych imprez była jasna i przejrzysta. Powoływano biuro imprezy. Zawsze był wyznaczony jakiś dyrektor programowy, który odpowiadał za całość. Miał swoich zastępców do spraw technicznych, finansowych i organizacyjnych. Był to, po prostu, kompetentny zespół fachowców, do którego nikt się nie wpieprzał. Wystarczył jednoosobowy nadzór reprezentanta władz miasta. W naszym wypadku, jak sądzę, pana burmistrza.

No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Polecam internetową literaturę odnośnie komentarzy „Polaka szaraka”. Co do mnie, to żal mi atmosfery placyku pośród ruin. „To se ne wrati”. Po zakończeniu prac renowacyjnych będzie inaczej. Warto zatem pomyśleć, jak wreszcie powinien wyglądać plac Juranda, obecnie centralny, miejski parking.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}