Czasy się zmieniają, a my zmieniamy się razem z nimi. Jest to łacińska sentencja, która w oryginale brzmi „tempora mutantum et nos mutamur in illis”.
Niby taka stara, szacowna maksyma, a przecież nie do końca prawdziwa. Czasy wprawdzie zmieniają się, ale pewne ludzkie słabości są niezmienne na przestrzeni wieków. Zapewne są wieczne. Jako schyłkowy siedemdziesięciolatek (nie mniej wciąż jeszcze na chodzie) uważnie przyglądam się otoczeniu i nie mam najmniejszej wątpliwości, co tak naprawdę jest rzeczywistym motorem napędzającym współczesnych mi mieszkańców planety Ziemia. Otóż nie jest to ani religia (choć na priorytet wiary powołuje się każdy, kto chce załatwić jakieś własne interesy), ani, jakże obecnie modna filozofia „gender”, która tak naprawdę głosi, że świat kręci się wokół - za przeproszeniem - dupy. Nawet kasa, to jest pomnażanie osobistych dóbr, niejednokrotnie przegrywa w konkurencji z tak prymitywnym nawykiem, jak najzwyczajniejsze pozerstwo. Czyli udawanie kogoś lepszego od siebie, według osobistego wyobrażenia, aby tylko zyskać „mołojecką sławę” i przejść do historycznej anegdoty. Jako ktoś ważny! Im bardziej dana persona jest nikim, tym bardziej pracuje nad swoją legendą. Najłatwiej zaobserwować owo zjawisko, wysłuchując w telewizorze panów posłów (wszystkich opcji), a także posłanek (zwłaszcza jednej). Niezależnie od rzeczywistych poglądów, jeśli pan poseł w ogóle takowe posiada, staje on na mównicy elegancko odpicowany w obowiązkowy, ciemnoniebieski uniform, w charakterze wybrańca narodu i za wszelką cenę usiłuje odegrać rolę męża stanu. To znaczy wygaduje przeznaczone dla telewidzów mądrości tak zawiłe, że zdecydowanie przerastające intelektualnie samego mówcę. Mnie osobiście zawsze rozbawia, kiedy pan poseł używa wyszukanego słownictwa, wyraźnie nie rozumiejąc znaczenia niektórych pojęć i wyrazów.
Zostawmy wybrańców narodu i poszukajmy innych pozerskich śmiesznostek. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Oczywiście dotychczasowe rozważania automobilowe nie dotyczą autentycznych wielbicieli wyszukanych maszyn, najczęściej prawdziwych znawców motoryzacji. Jeden z moich aktualnych przyjaciół, którego zaliczam do tej właśnie kasty, jeździ niby zwyczajnym garbusem, ale pod jego maską ma silnik porsche 210 KM z podwójną sprężarką. Cieszy go, kiedy wyprzedza na szosie markowe wozy swoim autkiem, które szybkość 100 km na godzinę osiąga w ciągu sześciu sekund. A ponieważ właściciel garbatego samochodziku lubi szybką jazdę, no to ma co lubi. Podobnie Daniel Olbrychski. Kiedy już było go na to stać, jeździł wyłącznie dobrymi samochodami. Nie dla picu, bo miał dostatecznie wysoką pozycję społeczną i nie musieć podpierać jej klasą auta. Po prostu lubił i lubi dobre maszyny. Kiedyś podczas urlopu, na początku lat osiemdziesiątych, spotkałem Daniela w nadmorskiej Juracie. Przyjechał nowiutkim mercedesem. Ja wówczas wypoczywałem tamże w towarzystwie starego przyjaciela, prezesa pewnej poważnej, warszawskiej firmy. Prywatnie wielbiciela motoryzacji. Tenże mój przyjaciel, Henryk, przyjechał identycznym autem jak Olbrychski. Okazało się, że były to pierwsze dwa mercedesy w Polsce, wyposażone w system ABS. Pewnego wieczora poznałem ze sobą obu panów i od tego momentu miałem przechlapane. Oni o niczym innym nie rozmawiali, jak tylko o rozlicznych zaletach nowoczesnego systemu hamowania.
Skoro zahaczyłem o świat artystów. Maryla Rodowicz zawsze szczerze przyznawała się do swoich snobistycznych skłonności. Jak powszechnie wiadomo był okres, kiedy jeździła kultowym porsche. Zresztą nie jednym. Ten jej pierwszy samochód był mocno używanym, przechodzonym gratem, który Maryla kupiła od pianisty Wacława Kisielewskiego. Grat, bo grat, ale można było nim zaszpanować. No to szpanowała. Rozrzewniła mnie także opowieść Maryli Rodowicz o tym, jak to kupiła niegdyś w Peweksie puszkę coca coli. Po jej wypiciu, jeszcze przez kilka dni wlewała do puszki herbatę, paradując z owym blaszanym naczyniem, bowiem coca coli nie było wówczas w sprzedaży i sam jej widok robił stosowne wrażenie. Czyli szpan całą, za przeproszeniem, gębą.
Póki co tyle o snobizmach i pozerstwie. W sumie nic złego, a zabawnie.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
