Pamiętam z czasów szkolnych, jak to wpajano nam, na lekcjach języka polskiego, wiedzę o rodzimych przysłowiach i ponadczasowej mądrości, jaką owe porzekadła zawierają. W latach licealnych cała owa wiedza raczej nas rozśmieszała, a nawet my, bezczelni gówniarze, pozwalaliśmy sobie na komentarze tego typu, że dziwne, iż owe narody, opierając się na takich mądrościach, jeszcze nie wymarły.

Dzisiaj mam oczywiście stosunek pełen szacunku do owych „złotych myśli”, ale to z racji ich wartości historycznych, a nie edukacyjnych. Zresztą popularne żarty z dawnych przysłów nie są wymysłem współczesnym. Były już modne w czasach przedwojennych. Przytoczę, dla przykładu, kilka z wielu ówczesnych parafraz: „Na złodzieju czapka karakułowa”, albo „Gość w dom, Bóg wie, po co przyszedł”. A także zupełnie abstrakcyjny „Lepszy rydz niż Śmigły”. Podobnie rzecz się ma z historycznymi kalendarzami, które aż roją się od wszelakich porad dla gospodarzy i gospodyń, prognoz pogody oraz rewelacji na tematy polityczne, ekonomiczne i religijne. Pierwszy taki kalendarz wydano w roku 1516. Zyskał on powszechny aplauz. Od tego czasu stał się, dla narodu, skarbnicą wiedzy. Dzięki niemu zaczęły pokazywać się na wsiach także inne książki. Zatem kalendarz, jako taki, ma ogromne zasługi dla szerzenia oświaty na ziemiach polskich. A jakie to bywały porady, w jego kolejnych wydaniach? Dla przykładu podam, przypadkowo wyjęte, dwa tytuły: „Jak oduczyć pijaka picia”, albo: „Po czym poznać wiek kury”.

Wróćmy do mądrości z przysłów. Bardzo wiele owych prostych myśli brzmi zrozumiale i aktualnie.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Na przykład: „fortuna kołem się toczy”, czy „bez pracy nie ma kołaczy”. Ale też są takie, które mocno „trącą myszką” jak „dzieci i ryby głosu nie mają”, czy „pokorne cielę dwie matki ssie”. Tak czy inaczej jest to historia. Można sobie pożartować, byle z szacunkiem. Natomiast chcę przypomnieć czytelnikom kuriozalny, amerykański telewizyjny serial detektywistyczny, z roku 1972, „Banacek”. Tytułem jest nazwisko amerykańskiego detektywa polskiego pochodzenia. Należy je czytać Banaczek. Pomijając, że nazwisko jest raczej czeskie niż polskie, to główny bohater maniakalnie dręczył nas cytowaniem przedziwnych złotych myśli, zaczynając zawsze od zapowiedzi: „Jest takie stare, polskie przysłowie”. Te przysłowia, to był jakiś nieprawdopodobny stek bzdur, wymyślonych przez amerykańskiego scenarzystę. Tym razem podam aż cztery, żenujące przykłady. „Wilk, który zje wieśniaka na kolację, prawdopodobnie będzie potrzebował śniadania”. Następne z nich wyraźnie zaznacza, z jakiego kraju pochodzi: „Dwanaście rączych koni i srebrnych świeczników nie zatrzymają śnieżycy w Białymstoku”. I jeszcze dwa szczególnie kuriozalne: „Mimo że hipopotam nie ma żądła, mędrzec raczej usiądzie na pszczole” i „Tylko ktoś, kto nie musi przepraszać, odwzajemnia uśmiech zadkowi słonia”. To ci dopiero stare, polskie przysłowia! Z hipopotamem i słoniem w głównych rolach. Coś niebywałego! Postać Banaczka-Polaka sprowokowała w latach siedemdziesiątych wielką prasową dyskusję. Żądano przerwania emisji kolejnych odcinków z uwagi na profanację polskiej kultury.

Kilkanaście lat temu przerabianie zabytkowych przysłów na ich wersje nowoczesne, czasem abstrakcyjne, stanowiło modną zabawę. Satyryczne pisma ogłaszały „literackie” konkursy dla czytelników, a estradowi kabareciarze prześcigali się w tej popularnej dziedzinie twórczości. Ku uciesze czytelników zacytuję kilka zapamiętanych przykładów: „Ten się śmieje ostatni, kto wolniej kojarzy”, „Nie taka kobieta straszna, jak się umaluje”, „Tym chata bogata, co ukradnie tata”, „Lepszy wróbel w garści niż skrzypek na dachu”, albo „Gdzie kucharek sześć tam zero siedem zgłoś się”.

Jeszcze kilka zdań na temat mądrości kalendarzowych. Szczególnie szereg przysłów dotyczy prognoz pogody. Na przykład zimna Zośka, czy zimni ogrodnicy. Każdy wie, o co chodzi. A co do świętej Barbary, to znam aż trzy popularne, zabytkowe przepowiednie: „Święta Barbara po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie”, „Jeśli w świętą Barbarę gęś po stawie chodzi, to w Boże Narodzenie pływać się po nim jej godzi” oraz „Kiedy na świętą Barbarę mróz - sanie na piec włóż, a szykuj dobry wóz”. Współcześni meteorolodzy z pobłażliwą życzliwością podchodzą do owych mądrości ludowych. Niektórzy tworzą własne, żartobliwe wierszyki. Od jednego z nich usłyszałem taką oto przepowiednię: „Jeżeli na świętego Prota będzie słońce, albo słota, to na świętego Nikodema jest pogoda, albo jej nie ma”.

W zasadzie to już wszystko, ale na zakończenie pochwalę się, że kilkanaście lat temu wziąłem udział w programie, w którym „na żywca” należało wymyślić absolutnie bzdurne, całkiem abstrakcyjne niby przysłowie. Konkurs. Było nas kilkoro osób związanych z estradą. Zwyciężyłem ja taką oto piękną frazą: „Kto pod kim dołki kopie, temu baba wódę wyżłopie”. I tym pesymistycznym akcentem kończę dzisiejszy felieton.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}