... miejsce tajemne i wspomnień pełne, bardzo często pojawia się w rozmowach podczas marszu wokół Jeziora Dużego Domowego.

Przystań Kelma
Na zdjęciu z lewej Walter Kelm siedzi na kocu, w środku – dom Kelmów, po prawej – Walter Kelm z żoną i synem na schodach do skoczni

Kilka dni temu, wędrując z gośćmi wokół wspomnianego, malowniczego akwenu, usłyszałam brzęk komórki. Na pytanie gdzie jesteśmy odpowiedziałam, że koło „Kelma” (wśród mieszkańców powszechna była wymowa „Kielma”). Wówczas osoby, z którymi szłam spytały skąd wiem, że wędkarz łowiący ryby tak się nazywa. Roześmiałam się i odpowiedziałam, że miejsce, w którym się znajdujemy w potocznych rozmowach osób od zawsze związanych ze Szczytnem nazywamy przystanią Kelma. Dla potwierdzenia, że kiedyś był tu pomost wskazałam wystające z wody kołki, na których odpoczywało ptactwo wodne. Wyjaśniłam, że kiedyś była to tętniąca życiem baza wodniaków i nawet Krzysztof Klenczon tu odpoczywał, pływał pod żaglami i grał na gitarze. Pozwoliłam sobie też snutą opowieści podkoloryzować mówiąc, że być może utwór „Białe żagle” zakiełkował w głowie muzyka właśnie na przystani Kelma. Moi goście poddali się zabawie, przypominając, że już im wciskałam, że „Biały krzyż” powstał na Szczycionku tuż obok unikatowej kapliczki. Cóż...lubię opowiadać bajki.

Niestety nie widziałam przystani w całym jej rozkwicie, ale znałam Piotra Kelma, który wiele lat temu podarował mi kilka fotek i poczęstował garścią wspomnień. Czas świetności rekreacyjnego zakątka minął bezpowrotnie, teraz wspaniałą Bazę Wodną Szczytno posiada w innym miejscu, więc przywołam wspomnienia i opowieści jakimi podzielił się ze mną pan Piotr, którego znałam osobiście, z którym kajakiem po Dużym Domowym pływałam. Znałam też jego siostrę, która mieszkała obok moich rodziców przy ulicy Sienkiewicza. Latem, jak to sąsiedzi, rozkładaliśmy nad Dużym Domowym koce i zażywaliśmy kąpieli słonecznych i korzystaliśmy z innych atrakcji, w tym pływania kajakiem. Ja chętnie z Kelmem płynęłam do przystani Kelma już wówczas ukazującej swój niechybny upadek. Pomost w kształcie czworoboku pozostawili naszemu miastu w spadku Niemcy. Nienaruszony przetrwał II wojnę światową i z czasem znalazł dobrego gospodarza. Zaopiekował się nim ówczesny POM, tworząc tam zakładowy ośrodek wypoczynkowy. Teren wraz z bazą sprzętu wodnego ogrodzono i przeznaczono do rekreacji dla pracowników i mieszkańców Szczytna. Jak na dobrego gospodarza przystało, pracownicy POM-u nie tylko wypoczywali, ale remontowali przystań i sprzęt. A gdy powódź w 1956 r. zniszczyła molo, szybko dokonali napraw i wraz z rodzinami i znajomymi chętnie latem w tym miłym zakątku w okolicach Korpel spędzali czas. Było tam przecudnie: drzewa, żółty piasek plaży, pomost, słońce, woda... Niektórzy wypoczywali na trawie, zażywając kąpieli bezpośrednio w otwartej wodzie jeziora; inni leżeli na deskach mostu, kąpiąc się w basenie. Okalany ze wszystkich stron pomostem basen miał 50 metrów długości, 10 m szerokości, a głębokość od 1,5 m dochodziła tuż przy desce trampoliny do 3,5 m. Do przystani należał budynek mieszkalny, w którym jeszcze w 1960 r. samotnie gospodarował pan Biernacki. Gdy padła propozycja, by zamienił się z Walterem Kelmem na domy – przystał z ochotą. Tym właśnie sposobem ośrodek zyskał oddanego, pomocnego i pracowitego opiekuna, który wraz z żoną Alfredą oraz dziećmi Marią i Piotrem wprowadził się tam z radością.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Piotr Kelm

Będący na rencie Walter Kelm nie tylko czas, własną pracę, ale i serce oddał temu zakątkowi. To na jego głowie spoczywało racjonalne wypożyczanie sprzętu pracownikom POM-u za okazaniem legitymacji oraz innym osobom za drobną opłatą. Ojcu dzielnie asystował syn, pomagając we wszystkim i jako urodziwy młodzian wprawiał w zachwyt sportową aparycją niejedną pannę. Zapatrzone w opalonego chłopaka małolaty często zachłystały się wodą, a Piotr mimo że nie miał uprawnień ratownika – musiał je ratować. Podczas rozmowy, którą przeprowadziłam z Piotrkiem w 1999 r. usłyszałam: - Z wodą nie ma żartów. Uratowałem ze cztery. Z sentymentem wówczas przywoływał też obrazy z przeszłości: - Latem, gdy tylko wstałem, brałem mydło, ręcznik wsiadałem do kajaka i płynąłem na środek, by tam wskoczyć do jeziora i się umyć. Wówczas wyraźnie czułem zjednoczenie z przyrodą i niezwykłym miejscem. Czasem miałem wrażenie, że urodziłem się w trzcinach. Nie urodził się w trzcinach, ale w ich pobliżu wychował. Miał też wiele przygód, jedna wydarzyła się pewnego lata, gdy źle przycumowana z postawionymi żaglami omega sama odpłynęła od pomostu. Gonił ją kajakiem po całym jeziorze. Na szczęście wskoczył na żaglówkę tuż przed jej wywrotką. Wylewanie wody i suszenie żagli uszło wówczas Piotrowi na sucho.

Dziś tak wygląda miejsce po dawnej przystani

Gdy rozmawiałam wówczas z Piotrem stwierdził, że jego życie popłynęło w inną, niż zamierzał stronę, że on sam jest jak przystań Kelma, która po czasach świetności i przynależności do POM-u, pozostawiona sama sobie, z czasem uległa zniszczeniu. Jeszcze próbowali ratować ją harcerze, ale ona i tak w oczach gasła. Piotr z wielkim uznaniem wspominał ojca, bowiem Walter Kelm w jego pamięć wpisał się jako miły, wesoły i życzliwy człowiek. Piotr wspominał, że ojciec nie chciał słyszeć o przeprowadzce, gdy była nieunikniona i z uporem powtarzał, że tu żył i tu chce umrzeć. Jego życzenie spełniło się, zmarł obok swojej przystani w 1990 r. Spacerując nad brzegiem Dużego Domowego, warto zatrzymać się przy wystających z wody palach i pomyśleć, że jest to miejsce tajemne wspomnień pełne...

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}