Radiowa rozrywka

W dobie wszechobecnej telewizji radio zdecydowanie utraciło swoje dawne znaczenie. Ja na przykład w ogóle nie posiadam w domu radioodbiornika. Nie czuję takiej potrzeby. Co innego w samochodzie. Tam sprzęt audio jest jak najbardziej na miejscu. Co prawda większość moich znajomych podczas dłuższych podróży przeważnie odtwarza swoje ulubione utwory płytowe, ale od czasu do czasu zdarza im się włączyć także którąś z radiostacji i zdać się na proponowany przez nią zestaw muzyczny. Ja też wożę ze sobą komplet płyt z moim ukochanym tradycyjnym jazzem, ale bywa, że włączam radio, aby usłyszeć trochę wiadomości. Za najlepszą radiostację informacyjną uważam TOK FM. Muzyki to tam właściwie nie ma, za to wszelkie informacje podawane są na najwyższym poziomie. Niestety w naszym regionie radiostacja ta nie jest słyszalna. Ale kiedy jeździmy z żoną do Warszawy, to gdzieś tak w okolicy Pułtuska możemy już włączyć nasze ulubione TOK FM, aby dowiedzieć się co naprawdę słychać.

Kiedyś lubiłem słucha wiadomości Radia ZET. Ale było to dawno. W czasach, kiedy rozgłośnią kierował jej założyciel Andrzej Woyciechowski. Wówczas radio to imponowało poziomem przekazywanego słuchaczom materiału. Gdyby dzisiaj spojrzeć na to zjawisko, to rzecz wydaje się oczywista. Wszyscy młodzi ludzie, którzy zaczynali swoją karierę w rozgłośni Woyciechowskiego, to dzisiejsze gwiazdy telewizji. Andrzej (znaliśmy się) potrafił wynajdywać radiowe talenty. Pozwolę sobie wymienić kilka nazwisk wychowanków Radia ZET. Przede wszystkim Janusz Weiss. Dalej Andrzej Morozowski i Krzysztof Skowroński. Także Wojciech Jagielski i Małgorzata Łaszcz. Sama śmietanka dzisiejszej telewizji.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Po raz pierwszy zachłysnąłem się radiowym programem rozrywkowym prawie sześćdziesiąt lat temu. W roku 1955 ja, dziesięciolatek, spędzałem wakacje u swojego wuja, który jako młody lekarz odbywał staż w augustowskim szpitalu. Mieszkał w wynajętym domku nad jeziorem Necko, miał kajak i łódkę, a będąc wówczas samotnym młodzieńcem zaprosił synka swojej siostry na trzy tygodnie pływania. Wieczorami wujaszek słuchał radia. Jego ulubioną, cykliczną audycją był „Teatr Eterek”. Pierwszy twór słynnego tandemu Przybora – Wasowski. Emitowany do roku 1956 był prawdziwym satyrycznym oddechem pośród ciężkich, politycznych dowcipów obowiązujących w latach pięćdziesiątych. Późniejsi twórcy Kabaretu Starszych Panów nie wiadomo jakim cudem potrafili przemycić swój abstrakcyjny i poetycki klimat w męczący świat obowiązującego socrealizmu.

Można powiedzieć, że jako dzieciak kształciłem swoje poczucie humoru na tekstach Przybory. Od tamtych lat wsłuchiwałem się w kolejne programy rozrywkowo - estradowe emitowane przez radio. Różnie bywało z odbiorem „Podwieczorku przy mikrofonie”, czy „Zgaduj Zgaduli”. Dla młodego człowieka były to dość ramotne składanki oparte o poetykę przedwojennych kabaretów. I oto w roku 1970 zainaugurowano w radio ITR, czyli Ilustrowany Tygodnik Rozrywki. Audycję kabaretową pisaną przez młodych i dla młodych. Dla mojego pokolenia były to programy odkrywcze. Do wysłuchania wręcz obowiązkowe.

Przypomnijmy, kto wówczas pisał teksty i muzykę, oraz kto je odtwarzał.

Stefan Friedman wraz z Jonaszem Koftą prowadzili niezapomniane „Dialogi na cztery nogi”, albo też rozmowy z cyklu „Fachowcy”. Maciek Zębaty realizował kolejne odcinki „Rodziny Poszepczyńskich” z brawurową rolą Jana Kobuszewskiego jako dziadka Jacka. To w programie ITR Jan Tadeusz Stanisławski mianował się profesorem mniemanologii stosowanej i wygłaszał referaty „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”. Głównym kompozytorem - autorem muzyki do wielu kabaretowych piosenek był Jerzy Andrzej Marek. I tutaj ciekawostka dla mieszkańców Szczytna. Kompozytor naprawdę nazywał się Andrzej Woźniakowski. W latach sześćdziesiątych mieszkał w Szczytnie (w pokoju nad ówczesnym Domem Kultury) i pracował bodajże w Liceum Wychowawczyń Przedszkoli. Andrzej stosunkowo niedawno zmarł.

ITR przetrwał kilka lat. Zdjął go z anteny ówczesny wiceminister kultury Janusz Wilhelmi. Dla owego partyjnego bonzy przekazywane w programie treści wydawały się nieco podejrzane.

Kontynuatorem ITR okazał się program „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Emitowany od roku 1973 aż do stanu wojennego. Jego twórcami byli Marcin Wolski, Andrzej Zaorski i Krzysztof Materna. To tam brylował Jacek Fedorowicz grający na raz kilka postaci (kolega kierownik, kolega tłumacz, kolega inteligent) w skeczach z cyklu „Dyrekcja cyrku w budowie” (tytuł wysoce aluzyjny, nawiązywał do hasła „budujemy drugą Polskę”). Także w tym programie bawił nas wrocławski kabaret Elita, podkpiwając sobie z sienkiewiczowskiej Trylogii. Zapewne moi czytelnicy pamiętają ich piosenkę: Rycerzy trzech – Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba. Gnębi nas pech – wszystkim nam się Basieńka podoba.

Dzisiaj zdarza mi się ponownie słuchać tych tekstów w radiowej „Powtórce z rozrywki”. Nic się nie zestarzały!

I to byłoby na tyle, jak mawiał na zakończenie profesor mniemanologii stosowanej.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}