...Niedziela Palmowa, czyli wspomnienie niezapomnianych wypraw do miejscowości Łyse na obchody znanego na całą Polskę święta kościelnego połączonego z folklorem.

Rowerowa...
Kręciołowa ekipa podczas uroczystości Niedzieli Palmowej w Łysych, kwiecień 2001 r.

Takich wypraw „Kręcioły” na swoim koncie mają kilka. Po raz pierwszy rowerzystom „odbiła” przysłowiowa „palma” 8 kwietnia 2001 r. Zawzięcie pedałując i walcząc z zimnym, spychającym z szosy wiatrem, przez Lipowiec, Księży Lasek, Myszyniec dotarli na słoneczną Kurpiowszczyznę. Tam na dzielnych cyklistów czekało wiele atrakcji. Po pierwsze cudna pogoda i wszechobecna zieleń oraz czerwień, fiolet i błękit – tradycyjne, kurpiowskie kolory w przepięknych palmach. Królowały one wszędzie, bowiem palma to symbol ważnego święta chrześcijańskiego upamiętniającego wjazd Jezusa do Jerozolimy. Stolica Puszczy Zielonej ukazała nam niepowtarzalną krasę, a sięgające nieba palmy budziły zachwyt i podziw. Po uczestnictwie w procesji i nabożeństwie nadszedł czas na zwiedzanie straganów ze sztuką ludową oraz kosztowanie potraw regionalnych. Oczywiście każdy spacerował z wielobarwnym berłem uwitym z kwiatów, wstążek, runa leśnego. Uczestnictwo w święcie kościelno-folklorystycznym sprawiło, że zapragnęliśmy powrócić tam ponownie.

Kolekcja zdjęć i palm z wypraw na kolorową Kurpiowszczyznę

W dniu 4 kwietnia 2004 r. barwny korowód ruszył z placu Juranda w Szczytnie o godz. 7.00, by pokonać liczącą 55 km trasę do Łysych. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Marzły nam ręce, niektórym stopy, ale zawzięcie pedałowaliśmy. Aura wynagrodziła trud, znów Kurpiowszczyzna okazała łaskawość i powitała słońcem oraz niezwykłą oprawą. W wyznaczonym miejscu zostawiliśmy rowery, a koleżanka Halinka spięła je grubą linką. Zadowoleni oddawaliśmy się rozkoszy uczestniczenia w magii i niezwykłym ceremoniale Niedzieli Palmowej. Tak było ciepło, że paradowaliśmy w słonecznych okularach i z kurtkami w rękach. Jednak jak to zwykle bywa nadszedł czas powrotu i wówczas okazało się, że Halinka zgubiła kluczyk od solidnego, rowerowego zapięcia. Szukaliśmy i tu, i tam, nawet ogłoszenia dawaliśmy przez mikrofon... ale nic to nie dało. Nikt nie znalazł breloczka z pękiem kluczy od domu, od roweru. Nasi panowie podjęli męską decyzję – zapięcie trzeba przeciąć. Chyba pół godziny trwało przecinanie, w końcu udało się. Wsiedliśmy na rowery w takim troszkę niezadowoleniu, część grupy pognała do przodu jak przysłowiowa „strzała kurpiowska”, ja jako ostatnia. Nagle zobaczyłam, że moja koleżanka skręca w prawo, gdy reszta grupy gna wprost. Ruszyłam za grupą, ale wówczas koleżanka przywołała mnie do porządku i skręciłam za nią. W tej decyzji utwierdził mnie drogowskaz, który właśnie w tę stronę wskazywał Szczytno. Nacisnęłam na pedały i próbowałam dogonić uciekinierkę, ale chyba złość niosła ją do przodu, bo pewnie już kombinowała jak dostanie się do tych wszystkich pomieszczeń, od których zgubiła klucz. Zwolniłam i miałam nadzieję, że zaraz spotkam grupę, która w mojej ocenie powinna za chwilę wyjechać z bocznej drogi. Jechałam sama aż do Lipowca. Tam liderka, w dosłownym tego znaczeniu, bo w żółtej koszulce, zatrzymała się na postój. W pierwszej chwili miałam ochotę ją minąć i teraz pokazać, gdzie palmy wiją, ale... Zatrzymałam się i wówczas ujrzałam jak z futerału po okularach wyciąga nieszczęsny pęk kluczy. To prawda, że kluczy szukaliśmy wszędzie, a szczególnie przetrzepując jej garderobę i plecak, ale że taki wymyśli schowek, nawet na to bym nie wpadła. Wzięłam więc do ręki zakupioną w Łysych palmę i ostrożnie, by jej nie uszkodzić, pomachałam przed nosem roztargnionej przyjaciółce mówiąc: „Palma bije nie zabije, a ty gapa nad gapami, więc dostaniesz kwiatami”. Do Szczytna wracałyśmy już razem, a jak się potem okazało grupa faktycznie przegapiła skręt i nadłożyła ponad 10 km. W sumie mój licznik pokazał 110 km, a ja, choć zmęczona, do domu wróciłam zadowolona. Mam całą kolekcję pięknych zdjęć z wypraw na obchody Niedzieli Palmowej w Łysych i takich z wypraw rowerowych, ale i samochodowych. Mam też trwałe pamiątki w postaci pieczęci potwierdzających rowerowy, ówczesny wyczyn. Cóż, wielokrotnie „palma mi odbijała”, ale każda z tych wypraw była wspaniała.

Nie ma to jak Niedziela Palmowa na rowerze

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}