... złowione i smażone. Bliskość jezior i obfitość ryb sprawiała, że były one włączane w nasz codzienny jadłospis.

Ryby...
Na zdjęciu z lewej syn Autorki wraz z kolegami po połowach w Kobyłosze. Z prawej łowienie pstrąga w Osmelakowej Dolinie

Niestety w mojej rodzinie nie było tradycji wędkarskich i moi rodzice kupowali je w sklepie rybnym przy ulicy Odrodzenia u Glińskich. W tamtych, moich dziecięcych czasach najczęściej pojawiały się na stole płotki usmażone prawie na chrupko oraz halibut smażony lub mielony przez maszynkę i przemieniany w cudowne kotleciki lub pulpeciki. Uwielbiałam kanapki z paprykarzem szczecińskim i szproty w pomidorach. W tym miejscu muszę wyznać, że jako dzieci ryby łowiliśmy, ale dla kotów. Razem z kolegami przywiązywaliśmy do cegłówki sznurek i wrzucaliśmy do Jeziora Małego Domowego. Wiadomo, gdy wyciągaliśmy tak stworzoną kotwicę, to wszystkie glony się oplatały, a wśród wodnego zielska moc małych rybek specjalnie dla kotów. Dla nas, dzieciaków z ulicy Konopnickiej, była to wówczas fajna zabawa, a dla całej niezliczonej ilości wszechobecnych, bezpańskich kotów – uczta.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Wędkarstwo w mojej rodzinie zapoczątkował syn. Mariusz dostał w prezencie wspaniały spining. Poszliśmy nad Jezioro Duże Domowe i tam zaczęła się nauka rzucania. Stałam i patrzyłam jak robią to moi panowie. Niestety każdy rzut kończył się niepowodzeniem. Poprosiłam, by dali mi wędkę, to ja im pokażę jak się łowi ryby. Stałam na brzegu, udając znawcę i profesjonalistę. Wybrałam dogodną pozycję i rzuciłam. Po chwili, kręcąc kołowrotkiem, zwijałam żyłkę. Czując opór oznajmiłam, że złapałam rybę, obaj śmiali się przekonani, że mam kolejnego „lina”, czyli zielsko. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na kotwicy ujrzeliśmy połyskującego w słońcu pięknego okonia. Jednak spieszę z wyjaśnieniem, ten okoń chyba specjalnie dla mnie się „wystawił”, bo ja go złowiłam zupełnie farciarsko – kotwica wbiła się w grzbiet przepływającej ryby. To nie błyskotka ani przynęta zadziałały, ale mój przypadkowy, choć celny rzut. Odczepiłam okonia, pocałowałam go i wrzuciłam do wody. Popatrzył na mnie zdziwiony, zdawał się pytać: „nie chcesz, bym spełnił twoje trzy życzenia?” - nie chciałam. W oczach syna radość, uznanie i podziw widziałam.

Wiele chwil spędziłam nad brzegiem jeziora Sasek Wielki na kładce lub w łódce

Wiele chwil spędziłam nad brzegiem jeziora Sasek Wielki na kładce lub w łódce, ale gdy chłopcy bawili się w wędkarzy, ja czytałam książkę. Na udany połów mieli swoją metodę. Zabierali magnetofon i potencjalnej kolacji puszczali muzykę, najlepiej ryby brały na hip hop. Podczas wakacji na Kobylosze w ostępach jeziora Sasek Wielki złapali niejedną taaką rybę. Prawdziwą wędkarską przygodę przeżyłam w górach.

Wspólnie z moją przyjaciółką Halinką trafiłyśmy do Osmelakowej Doliny. Tam fantastyczni ludzie prowadzili agroturystykę, a jednym z punktów spotkania była uczta pstrągowa. To mnie wytypowano do „zdobycia” posiłku. Wyposażono w wędkę, puszkę kukurydzy i pokazując kilka łowisk oddelegowano do połowu. Założyłam na haczyk ziarenko kukurydzy i zarzucając wędkę czekałam. Nagle ktoś wrzasnął: „puka ci, zacinaj!” Energicznie machnęłam wędziskiem, a na końcu podskakiwał piękny pstrąg. Zdobycie ryb na posiłek okazało się proste i bardzo zabawne. Teraz gdy mam ochotę na pyszną rybkę dzwonię na ulicę Żwirki i Wigury, a tam w Smażalni Ryb specyfik przyrządzają i pięknie podają.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}