W tytule dzisiejszego felietonu nie ma żadnego podtekstu, czy aluzji. Będzie to sentymentalny tekst o nieco już zapomnianej modzie podawania na domowych przyjęciach, jako przystawki, eleganckich, drobnych kanapeczek.

Smak peerelu
Sklep w Cieszynie, gdzie od ponad 60 lat można kupić, chyba już kultową, kanapkę ze śledziem

Dzisiaj półki sklepowe przepełnione są wszelkiego rodzaju chipsami, prażynkami, słonymi paluszkami i krakersami, czyli niezliczoną ilością chrupaniny, jaką możemy rozstawić na stole i tym samym mieć z głowy problem zagryzania mniej lub bardziej szkodliwych napojów. Ale za lat mojej młodości takich smakołyków nie znano. To znaczy nie znano ich w Polsce. Jeśli zapraszało się sąsiadów, czy przyjaciół na niewielkie spotkanie przy kielichu, to zakąskę trzeba było przygotować osobiście. Czyli pracowicie pociąć bułkę wrocławską lub paryską, a także razowiec (do śledzia) i artystycznie poukładać na nich... No właśnie co?

Pisałem w jednym z dawnych felietonów o kanapkowych specjałach, z jakimi miałem okazję zetknąć się podróżując po świecie. Na przykład o ulubionej kanapce Elvisa Presleya, podawanej do dzisiaj w barach w Memphis, czyli o bułce z wysmażonym boczkiem i plasterkami banana. Ale w dzisiejszym tekście pominę światowe dziwactwa i opiszę, czym raczyliśmy się w Polsce gomułkowskich lat sześćdziesiątych.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Za kilka dni obchodzić będę z żoną i przyjaciółmi ważną dla mnie rocznicę. Ponieważ w tym gronie jestem najstarszy, postanowiłem przygotować tackę kanapek w prawdziwie peerelowskim stylu i organoleptycznie wesprzeć pamięć o latach młodości. Oczywiście przygotuję zestawy proste i niezbyt kosztowne, czyli takie, jakie zapamiętałem z młodzieżowych prywatek, gdzie kanapki stanowiły jedyne pożywienie. Nieco inne, bardziej luksusowe, podawano jako przekąskę, przed „proszonym obiadem” w towarzystwie starszym i zamożniejszym. Do takich kanapek należały zapiekane bułeczki z cielęcym móżdżkiem lub świeże pieczywo z masłem i sardynką. Jeśli do tego dodano kawałeczek cytryny celem pokropienia rybki, to była to wyrafinowana, kulinarna rozpusta, bowiem cytryny stanowiły rzadko dostępny rarytas. Zapewne zaskoczy także niektórych młodszych czytelników informacja, że konserwowa sardynka uważana była w latach sześćdziesiątych za kosztowny luksus i kupić ją można było tylko w „Pewexie”, czyli za dewizy. Natomiast zapuszkowana szprotka w oleju stanowiła przysmak w miarę dostępny i nie drogi.

W latach 50. i 60. dwudziestego wieku dominowały kanapki z „awanturką”. Te „awanturki” to były przygotowywane w domowej kuchni kanapkowe pasty - smarowidła. Wymyślono ich niezliczoną ilość. Ja przygotuję dwie podstawowe. Takie, jakie zapamiętałem z lat studenckich, wzorując się na zakopiańskiej restauracji „Poraj”, która słynęła głównie z rydzów z patelni - starannie wysmażanych na masełku, ale także z barwnej różnorodności oferowanych kanapek.

Podstawowa kanapkowa awanturka to po prostu wędzone szprotki w oleju rozpaćkane z bryndzą. Obowiązkowo rozgniata się toto widelcem. Trochę pieprzu ewentualnie soli, choć bryndza na ogół jest dostatecznie słona. Kanapka z taką pastą, posypana drobniutkim szczypiorkiem, to doprawdy „niebo w gębie”. Drugim zapamiętanym przeze mnie reliktem przeszłości jest inna rybna paciajka. Konserwowe byczki w tomacie były w sprzedaży od zawsze. Są także i dzisiaj. Zatem nic prostszego jak rozciapciać je, podobnie jak szprotki, tyle że już nie z bryndzą, ale dobrym twarożkiem. Tutaj chyba należy rzecz całą nieco posolić. Kanapka z taką różową pastą dobrze się prezentuje z paskiem czerwonej, konserwowej papryki i odrobiną szczypioru. Takiego grubego, od dymki.

W latach sześćdziesiątych szynka była wędliną dość drogą, ale smakowo nieporównywalną do dzisiejszej. Oczywiście na korzyść tej historycznej. Zatem kanapka z taką aromatyczną wędliną należała do obowiązkowych, z tym, że aby nadmiernie nie wykosztować się, niewielki płatek szynki uzupełniano plastrem jajka na twardo i majonezem. Na wierzchu najlepiej prezentował się świeży ogórek. W owych latach podobny smakowo zestaw podawano w restauracjach jako zimną przystawkę pod nazwą „jajeczko mole”. Było to obrane jajko na twardo, owinięte plastrem szynki (jednym) i posmarowane majonezem.

Pośród innych nie mogło zabraknąć kanapek z tatarem. Wołowina w owych latach nie była tak droga jak dzisiaj. Zmielone i przyprawione surowe mięso należało położyć na plasterku bułki lub białego chleba pozbawionego skórki. Pieczywo powinno być posmarowane masłem oraz musztardą. Drobno posiekaną cebulę, a także ogórek kiszony sypało się na wierzch. Na szczycie dobrze widzianym był marynowany grzybek.

Na zakończenie dodam, że absolutnie obowiązkowe w zestawie przekąskowym były kanapki ze śledziem. Śledziem w oleju. Nie marynowanym. Zawsze podawanym na kawałku razowca bez skórki, posmarowanym dość grubo masłem. Na ogół bez zdobiących dodatków. Czasem ze szczypiorem.

Szprotki, byczki, tatar, śledź i jajeczko z wędliną oraz szczypiorkiem. Niezapomniane smaki przekąsek sprzed pół wieku.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}