Od wielu już lat żyję na tym świecie i plączę się pośród różnych ludzi, w licznych miejscach naszego globu.
Gdziekolwiek jestem, często odnoszę wrażenie, że otacza mnie ogromna rzesza snobów. Jest to niezwykle powszechna cecha ludzkiego charakteru. Obecnie, kiedy od lat kilkunastu mieszkam na stałe w Szczytnie i raczej rzadko podróżuję, nie odczuwam już owego specyficznego zażenowania. Natomiast wciąż towarzyszyło mi ono, gdy miałem do czynienia z dużą liczbę osób. Zwłaszcza w Warszawie, kiedy uprawiałem zawód architekta wnętrz, projektując wypasione apartamenty dla bogatych dorobkiewiczów. Z reguły klasycznych snobów. Zanim ich powspominam, pozwolę sobie na krótkie wyjaśnienie. Kim właściwie jest taki snob.
Według oficjalnej definicji, snobizm to postawa objawiająca się chęcią zaimponowania innym osobom, lub zademonstrowania swojej wiedzy (często wątpliwej) w celu okazania własnej wyższości. Wiele na ten temat napisano. Słynny polski artysta grafik, z arystokratycznym pochodzeniem, wydał książkę „Przewodnik inteligentnego snoba wg Franciszka Starowieyskiego”. Przeczytałem także wspaniałe, wielostronicowe opracowanie Ewy Likowskiej „Snob polski”. Bardzo ciekawe. Ale chwilowo wróćmy do moich „osobistych” snobów, czyli do dawnych zleceniodawców. Niegdyś zgłosił się do mnie pewien zamożny człowiek. Kupił piękny, choć niewielki, jednorodzinny dom w luksusowej, warszawskiej dzielnicy. Przy pierwszej rozmowie poinformował mnie, że świeżo się rozwiódł i zależy mu, aby obecnie pożyć samotnie, wesoło i w luksusie. Stać go, więc chciałby, żeby wnętrze jego nowego domu imponowało wystrojem. Jak zwykle zacząłem przepytywać delikwenta, jakie ma potrzeby i upodobania, aby dostosować projekt do jego wymagań. Facet spojrzał na mnie okiem bezmyślnym i powiedział: „panie inżynierze, ja tam nie wiem, ale zrób pan ten projekt tak, aby każdemu i każdej, która mnie odwiedzi, szczęka opadła z zachwytu”. Przyznam, że nie przyjąłem owego zlecenia, chociaż klient zachęcał mnie solidnym honorarium. Nie potrafiłbym przewidzieć, jakiego rodzaju efekciarstwo zadowoliłoby mojego zleceniodawcę. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Zostawmy osobiste wspomnienia. Miałbym ich zapewne jeszcze kilka, ale teraz przytoczę opinie zasłyszane lub przeczytane. Nie chciałbym ściągać od pani Likowskiej, ale ona, tak naprawdę, napisała już wszystko o snobach. Zatem tu i ówdzie spotkamy się w opiniach. Na przykład popijanie alkoholu. Pan Jan Adamek ze szkoły konsumpcji win (cytuje go autorka „Snoba Polskiego”) opowiada, jak to zamożni pozerzy kupują, dla szpanu, niesłychanie drogie wina, nie mając pojęcia jak je pić i w jakich kieliszkach. Tu pada przykład zamożnej snobki, która do kurczaka zamówiła czerwone, wysokiej jakości wino za kilkaset złotych. Przypomnę, że do kurczaka i ryb pasuje tylko wino białe. Podobnie z koniakiem. Pewna bizneswoman poprosiła o kostki lodu do najwyższej klasy koniaku, choć powszechnie wiadomo, że dobry koniak musi być ciepławy, aby przekazał pijącemu bukiet, czyli aromat szlachetnego trunku. To mi przypomina jak to mój ojciec, pracownik Ministerstwa Obrony Narodowej (pułkownik), odwiedzał niegdyś odległe garnizony. Zawsze podejmował go obiadem miejscowy dowódca i częstował przyzwoitym koniakiem. Tenże wyciągał z lodówki! O snobizmach PRL mógłbym dużo jeszcze napisać. To był zupełnie inny świat i inne możliwości zaimponowania otoczeniu. Szkoda, że brak miejsca, zatem jeszcze tylko kilka słów. Próbowałem napisać o snobach. Ale to zbyt mało. Więc na zakończenie przypomnę, że jest jeszcze na świecie znacznie wyższa odmiana snoba. Takiego człowieka nazywamy kabotynem. To jest osobnik, który cały czas popisuje się przed towarzystwem. Nigdy nie jest sobą, ponieważ koniecznie musi imponować otoczeniu. W zaprzyjaźnionym gronie potrafi mówić tylko o sobie. Znam takich kilku (same chłopy), ale na razie wystarczy tych opowieści.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
