Tytuł felietonu napisałem w cudzysłowie. Świadomie, ponieważ tytułowe określenie traktuję, jako żart. Wyjaśnię dlaczego.
Otóż od niepamiętnych (jak dla mnie) czasów, zacni obywatele miasta Szczytno, w ilości około sześćdziesięciu chłopa, spotykają się dwa razy w roku, z okazji Święta Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy. Spotkania te mają charakter typowego „śledzika”, aczkolwiek bardzo eleganckiego i zawsze w tym samym lokalu. Zapraszani na owe spotkania są wyłącznie panowie. Bez żon, czy też jakichkolwiek przedstawicielek płci odmiennej. Przypuszczam, że owa tradycja ma swoje korzenie w czasach, kiedy ja osobiście nic jeszcze nie wiedziałem o Szczytnie, a szlachetne, miejscowe grono, dzisiaj panów raczej starszych, stanowiło wówczas ścisłą elitę intelektualną, a także biznesową miasta. Zresztą nadal stanowi, bowiem poza wiodącą prym gromadką zasłużonych emerytów, nieformalną grupę towarzyską zasilają kolejni czynni przedsiębiorcy, prominentni działacze, a także menadżerowie, inżynierowie oraz, ma się rozumieć, prezesi. Od ładnych kilku lat ja także bywam zapraszany na owe świąteczne spotkania, czyli „opłatek” i „śledzika”. Poczytuję to sobie za ogromny zaszczyt. Szczytnianinem jestem zaledwie od piętnastu lat i odnoszę wrażenie, że miejscowa ludność wciąż uważa mnie za obcego. W dodatku warszawiaka, co dla mazurskiego tubylca brzmi raczej wrednie. A tu nagle spotkało mnie aż takie wyróżnienie! Toteż nie opuściłem, jak dotychczas, żadnej z świątecznych imprez.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
A teraz wróćmy do tytułu felietonu. Otóż nie mam żadnych wątpliwości, że teksty, które zamieszczam w „Kurku Mazurskim”, czytane są niemal wyłącznie przez ludzi starszych. Zwłaszcza tych z jakimś dorobkiem, znajomością świata i problemów wykraczających poza szczycieńską codzienność. Czasem owi czytelnicy kontaktują się ze mną, przesyłają swoje opinie i uwagi, ale zawsze mam wrażenie, że jest to bardzo niewielka grupka osób. I oto w minionym tygodniu udałem się na coroczny, opisany powyżej, „opłatek”. W ciągu kilku sympatycznych, biesiadnych godzin przysiadło się do mnie co najmniej kilkunastu współuczestników, aby skomentować któryś z felietonów, lub też podpowiedzieć mi kolejne, frapujące ich tematy. Doprawdy poczułem się jak na niespodziewanym spotkaniu z czytelnikami. Czegoś takiego nigdy dotąd nie przeżyłem.
Pośród innych, zainteresowało mnie spostrzeżenie pewnego prezesa, młodszego ode mnie o jakieś dwadzieścia lat, odnośnie kabaretowego serialu „Ucho prezesa”. Niegdyś pisałem o owym internetowym fenomenie, ale dotyczyło to kilku zaledwie, początkowych odcinków. Później „zaniedbałem się” i jakoś tak przypadkowo przestałem śledzić kolejne żarty z Nowogrodzkiej. Tymczasem mój rozmówca zwrócił mi uwagę, że zrealizowano już odcinków 26, a od pewnego czasu występują w nich najwięksi aktorzy scen polskich i że poziom reżysersko - aktorski owych cyklicznych spektakli bije na głowę inne teatralno - estradowe poczynania polskich telewizyjnych stacji. Wszystkich. Tak mnie tą swoją wypowiedzią zaskoczył, że wróciwszy do domu przysiadłem na wiele godzin i obejrzałem wszystko to, co zaproponował Robert Górski. Ludzie kochani! Toż to naprawdę jest teatralny majstersztyk. Nie ma tu dla mnie znaczenia żaden polityczny przekaz. Jednemu może on odpowiadać, innemu nie, choć zapewne oglądają ten kabaret zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy PIS-u. Natomiast nie wierzę, że ktokolwiek mógłby nie zauważyć maestrii tego widowiska. Udział takich gwiazd aktorstwa jak Andrzej Seweryn, czy Artur Barciś sam w sobie nobilituje kabaretowy spektakl. Do tego rewelacyjny Marian Opania, jako Kornel Morawiecki, do którego nasz aktualny premier zwraca się pieszczotliwie „tatulu”. Albo Wiktor Zborowski, jakimś cudem równie paskudny z wyglądu, co grany przez niego wicemarszałek Terlecki. A jeszcze Sławomir Orzechowski i dawno nie widziany Joachim Lamża! No po prostu sam kwiat aktorstwa. Dodajmy do tego zespołu Ewę Dałkowską, która zagrała panią Romaszewską. Ciekawa sprawa. Ewa, fanatyczna zwolenniczka PIS-u i braci Kaczyńskich, pokazała się w „Uchu prezesa”! Ewa, która kreowała w filmie o Smoleńsku panią prezydentową Kaczyńską! Mój świąteczny rozmówca, wiedząc, że osobiście znam doskonale Ewę Dałkowską, wręcz poprosił mnie, abym zatelefonował do niej i spytał, co się stało. Przejrzała na oczy? No, ale tego nie zrobię. Każdy ma prawo do własnych poglądów i nie musi nikomu tłumaczyć się z nich.
Co do „Ucha Prezesa”. Będę obecnie oglądał każdy odcinek. Przed bardzo wielu laty istniało coś takiego jak teatr telewizji. To był sam szczyt Parnasu, jeśli chodzi o sztukę reżysersko - aktorską. Od wielu, wielu lat nikomu w telewizji nie udało się choćby zbliżyć do tamtejszego poziomu. A dzisiaj? Po raz pierwszy zobaczyłem na małym ekranie coś, co wzbudziło mój zachwyt, równy tamtemu sprzed lat. I jak się okazuje nie jestem w tym odosobniony. To mój biesiadny rozmówca zwrócił mi uwagę na ów fenomen.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
