Jak tu napisać felieton podczas Wielkiego Tygodnia? Zawsze pisuję swoje opowiastki w niedzielne popołudnie. Ale przecież nie w pierwszy dzień wielkiego, katolickiego święta! Zatem włączyłem komputer już w czwartek i postanowiłem pomalutku, czyli krok po kroku, codziennie, rejestrować swoje przedświąteczne wrażenia.

Świąteczny zaopatrzeniowiec
Podróżnik Sławek, obecnie zaopatrzeniowiec, czyli Jerzy Bielenia w filmie „Upał”

Zacznijmy od określenia czymże powinien być Wielki Tydzień dla człowieka prawdziwie wierzącego. Sądzę, że okresem zastanowienia się nad sobą, nad światem współczesnym i potencjałem własnej wiary. Przemyśleniem tego, co usłyszał on w kościele, w ramach rekolekcji i zastanowieniem się, jak mu to pasuje do jego wiedzy oraz możliwości percepcji.

Percepcja - trudne słowo. Oznacza zrozumieć i przyswoić, a może nawet zaakceptować. Ale nie tak „na wiarę”, tylko z przekonaniem. To już gorzej. Zauważyłem, że dla przeciętnego parafianina liczą się, przede wszystkim, uświęcone przez wieki schematy. Na przykład post. Poszczę, a nawet nie używam alkoholu, a to znaczy, że jestem prawdziwym wyznawcą nauki Chrystusa. Co do innych atrybutów wiary, to... niektóre wydają się jakby trochę ponad siły. Poszczenie, a zwłaszcza abstynencja, trwa w końcu na tyle krótko, że jakoś tam da się wytrzymać. Tym bardziej, że za chwilę nadejdą święta i łatwo można będzie nadrobić straty odnośnie obżarstwa i opilstwa.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Nie popadajmy jednak w kompleksy. My katolicy. Pozwolę sobie opisać jak wygląda coroczny miesiąc Ramadan w religii mahometańskiej. Trzydzieści dni bardzo ścisłego postu. Miałem okazję obserwować celebrę wyznawców islamu będąc przed laty, podczas świątecznego Ramadanu, w Rabacie, stolicy Maroka. Wspominałem o tym przed tygodniem. Przez cały ten miesiąc muzułmanów obowiązuje post bardzo ścisły od świtu do zmierzchu. Czyli od porannej modlitwy, zainicjowanej z wieży meczetu, aż do zmroku. Koniec dziennego postu ogłaszano w Rabacie wystrzałem armatnim. W ciągu dnia, a konkretnie, kiedy jeszcze nie ściemniło się, nie wolno było niczego jeść, ani też pić, nawet wody! Obowiązywał także całkowity zakaz palenia papierosów oraz uprawiania seksu. Natomiast, gdy tylko nastanie ciemność mahometanie odbijają sobie w dwójnasób całodzienne umartwienie. Obżerają się wówczas, ponad miarę, podczas kolacji zwanej iftar. Tradycyjną, ramadanową, wieczorną potrawą jest gęsta, pożywna zupa z baraniny, soczewicy i jarzyn, ale dominują słodkości. Arabowie je uwielbiają. Spożywają ogromne ilości wszelakich gatunków ciasteczek i innych deserów, a wszystkie nieprawdopodobnie przesłodzone, a także wonne. Kiedy nadchodzi wieczór całe miasto pachnie wanilią, cynamonem i miodem. Z tarasu mieszkania na szóstym piętrze w centralnej dzielnicy Rabatu, gdzie przez miesiąc mieszkałem, co wieczór obserwowałem gromadki młodzieży przebiegające moją uliczkę wzdłuż i wszerz, to jest między licznymi, osiedlowymi cukierenkami, a miejscem zamieszkania ich rodzin. Wszyscy z ogromnymi tacami pełnymi świeżych, pachnących łakoci, przeznaczonych na nocną kolację. I tak przez cały, długi miesiąc rytualnego postu.

Wróćmy do Polski. Wielki Tydzień wciąż jeszcze trwa, ale jakoś niewiele ma wspólnego z religijnym uniesieniem. Przynajmniej według moich obserwacji. Mam wrażenie, że jedyne, co interesuje moich ziomków, to nabycie jak największej ilości produktów spożywczych, a to celem przerobienia ich na luksusowe, tradycyjne, świąteczne potrawy. Później część tych potraw zostanie zjedzona, część zamrożona, a reszta zmarnowana. Ale musi być godnie i wystawnie. Wiem coś o tym, bo w mojej rodzinie, to ja jestem zaopatrzeniowcem. Dzień w dzień odwiedzam Kaufland i inne szczycieńskie świątynie konsumpcji. Spotykam tam wszelakich możliwych znajomych, szczególnie płci męskiej. Każdy z nich maszeruje po sklepie z kartką w ręku, na której zacna małżonka raczyła odręcznie napisać świąteczną litanię, czyli listę niezbędnych zakupów. Podobnie zresztą jak ja. Sami zaopatrzeniowcy! Skądinąd miło jest spotkać tylu sympatycznych panów na raz. Aczkolwiek pewien niedosyt w owych przedświątecznych kontaktach odczuwam, odkąd osiadłem w Szczytnie. Otóż w poprzednim moim miejscu zamieszkania, czyli Warszawie, w okresie przedświątecznym, także spotykałem dawno niewidzianych sąsiadów, w osiedlowych sklepach Ochoty. Z tym, że niemal każde takie radosne spotkanie kończyło się wspólnym wypiciem świątecznego kielicha w pobliskim barku. Cóż, w Stolicy takie barki i knajpeczki są wszędzie. Niemal w zasięgu ręki. W Szczytnie znacznie z tym trudniej. Od Kauflandu najbliżej jest chyba do „Zacisza”, a to jednak kawał drogi. Zatem mowy nie ma o szybkim, świątecznym toaście. Wystarczyć musi uścisk dłoni.

Kurek Mazurski trafi do rąk czytelników po Wielkanocy, zatem za późno już na życzenia świąteczne. Ale za kilka dni wielka majówka i znowu, z uwagi na zamknięcie sklepów, zaopatrzeniowcy ruszą w teren. W pamiętnej komedii filmowej „Upał” aktor Jerzy Bielenia przedstawia się następująco: „podróżnik Sławek jestem. Obecnie zaopatrzeniowiec”. No właśnie. Też niegdyś podróżowałem dalej niż do Kauflandu. Dawne czasy. Pozdrawiam wszystkich zaopatrzeniowców i ich rodziny.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}