Tydzień temu wspominałem sławnych polskich artystów estrady. Wielki świat! Teraz wracam do Szczytna. Dzisiejszego Szczytna.

Po przeczytaniu w poprzednim numerze „Kurka” aż pięciu artykułów na temat otwarcia lotniska niby szczycieńskiego, a jednak niezupełnie, nie mogę otrząsnąć się z wrażenia. Najpierw ubawił mnie zabawny opis kolejnych przypadkowych „nieszczęść”, jak zderzenie szynobusu z jeleniem i przewozu pasażerów prywatnymi samochodami, później niedomaganiem lotniskowego nagłośnienia i na koniec awarią bagażowego taśmociągu. To oczywiście zwykły zbieg okoliczności, ale inauguracja nowego obiektu w nastroju, jak to słusznie określił autor artykułu, filmów Stanisława Barei, nie jest dobrą wróżbą dla przyszłości lotniczego portu.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Podobnie zabawny na smutno wydał mi się opis zawartości turystycznych materiałów reklamowych związanych ze Szczytnem. „Święto kartofla” to jest coś! Parafrazując znany cytat z barejowskiego „Misia”, można powiedzieć, że „jest to kartofel na miarę naszych możliwości”. Równie żenująco brzmi opis lotniska na stronie przewoźnika SprintAir: lotnisko Olsztyn-Mazury w Szymanach… w pobliżu miasta Szczytno. No cóż; port lotniczy nosi bzdurną nazwę „Olsztyn-Mazury” i tym samym promuje miasto Olsztyn. Warmińskie. A Szczytno? Miasto w pobliżu.
Chciałbym dobrze życzyć nowej inwestycji. Obiekt elegancki, ciekawie zaprojektowany, tylko że nie bardzo rozumiem po co i dla kogo. Pan minister Jerzy Szmit wymienia trzy powody jego powstania. Turystyka, ludzie pracujący za granicą i wreszcie biznes. Niby logicznie, a jednak…
Turystyka w regionie, sądząc po samochodowych numerach rejestracyjnych, zdominowana jest przez Warszawę. Do Szczytna można dojechać prywatnym autem w ciągu 2 i pół godziny. Gdyby Szymany połączono linią lotniczą ze Stolicą, to dojazdy do lotnisk plus przelot trwałyby dłużej niż jazda samochodem. Jeśli chodzi o inne polskie miasta (Kraków), to jeśli ktoś przyjeżdża akurat na Mazury, z reguły ma tu jakiś domek i samochód będzie mu potrzebny do poruszania się oraz przewozu wszelkich zakupów niezbędnych do egzystencji. Samolotami na ogół podróżują zamożni turyści „hotelowi”. Tylko gdzie są owe hotele? Kilka znam, ale nie sądzę, żeby ich goście zapewnili rentowność linii lotniczych.
Nie bardzo przekonuje mnie także motywacja biznesowa. Owszem, jest Olsztyn miastem wojewódzkim. Ależ jaka to metropolia? Gdzie ten wielki biznes? Nie powstanie on tylko dlatego, że z kilku miast będzie można przylecieć samolotem do Szyman.
W miarę sensowną motywacją jest, być może, ułatwienie kontaktów z Polską rodakom pracującym za granicą. Rzeczywiście jest ich bardzo wielu i to z tutejszego regionu. Z tym, że należałoby postarać się o połączenia z krajami, z których nie da się dojechać samochodem, tak jak na przykład z Niemiec. Mam tu na myśli Wielką Brytanię, Irlandię i kraje skandynawskie. To może jest jakaś realna szansa, żeby nowy port lotniczy, za kilkanaście lat, nie porósł dżunglą niczym plac po kinie w centrum miasta Szczytno.
A skoro już wspomniałem plac po kinie „Jurand”, to pozwolę sobie na kilka słów w owym temacie. Wiem już, że nic nie da się z tym paskudztwem zrobić. To może chociaż to miejsce przyzwoicie ogrodzić? Zamiast obrzydliwego płotu, obwieszonego strzępami reklamowych banerów, postawić solidne, murowane ogrodzenie i zaprosić artystów wyspecjalizowanych w tak zwanych muralach, czyli graffiti do zaprezentowania swoich umiejętności na segmentach owego muru. Nie jest to jakiś mój, całkiem nowy pomysł. Od ponad dwudziestu lat, w Warszawie, 1,5 km muru, odgradzającego teren wyścigów konnych na Służewcu od ulicy Puławskiej, jest największą, legalną galerią graffiti w Polsce. Każdy szanujący się grafficiarz musi na tej ścianie zaistnieć. W zawodowym języku nazywa się to „mieć swój wrzut”. Owa galeria na świeżym powietrzu jest miejscem znanym w Europie. Kiedy w roku 2011 firma „Adidas” wykupiła tę powierzchnię pod swoją reklamę i zaczęła zamalowywać na czarno istniejące wrzuty, liczne protesty intelektualistów i artystów z Polski oraz innych europejskich krajów doprowadziły do zerwania intratnej umowy z „Adidasem” i nadal całe półtora kilometra barwnych murów jest miejscem pielgrzymek niezliczonej ilości turystów – wielbicieli tego gatunku sztuki.
Może warto pomyśleć o podobnej atrakcji w Szczytnie? Można by wówczas zapomnieć, co jest za tym murem.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
