W ostatni piątek odbył się w Muzeum Mazurskim wernisaż wystawy poświęconej historii szczycieńskiego sportu. Na ekspozycji pokazano fotograficzne strony z zachowanych kronik dokumentujących miejscowe wyczyny sportowe już od lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Przybyło sporo gości, którzy w opisywanych wydarzeniach uczestniczyli lub tylko je zapamiętali. Była to zatem znakomita okazja do pogadania, w gronie autentycznych fachowców, o historii polskiego sportu amatorskiego.
Podczas jednej z rozmów któryś z moich interlokutorów spytał, czy uprawiałem w młodości jakikolwiek sport. Gdy odpowiedziałem, że szermierkę stwierdził, że powinien się tego domyślić, bowiem niemal wszyscy moi rówieśnicy i jeszcze starsi ode mnie dziadkowie prawie zawsze wspominają, że w młodości ćwiczyli fechtunek. Skąd owa popularność szermierki w latach pięćdziesiątych?
Ostatnie pytanie uznałem za warte przeanalizowania.
Na przełomie lat 50. i 60. Polska była światową potęgą w szermierce. Wymieńmy nazwiska mistrzów tamtych lat. Jerzy Pawłowski – pierwszy polski indywidualny mistrz świata. Później nazywany szablistą wszechczasów. Poza licznymi medalami olimpijskimi zdobywca aż 18 medali na kolejnych mistrzostwach świata. W tym siedmiu złotych. Dalej kilkakrotny medalista mistrzostw świata w latach 53-58 Zygmunt Pawlas, także srebrny medalista (szabla) olimpiady w Melbourne. Słynny Wojciech Zabłocki. Pięciokrotny mistrz Polski. Dziewięciokrotny medalista mistrzostw świata. Dwa medale srebrne i jeden brązowy na olimpiadach. Warto także wymienić Ryszarda Parulskiego – mistrza świata we florecie (1961), a także zdobywcy innych medali (także olimpijskich) w kategoriach drużynowych. Wszyscy urodzeni w latach trzydziestych. Ale także łączy ich coś zupełnie innego. Są to ludzie z wyższym wykształceniem, czynnie uprawiający swoje szacowne zawody. Czyli panowie, dla których fechtunek stanowił ulubioną rozrywkę, relaks, lub po prostu hobby.
Zabłocki jest architektem. Ma za sobą kilka znaczących realizacji. Posiada tytuł doktora habilitowanego. Wiele lat wykładał na Politechnice w Łodzi. Jerzy Pawłowski był prawnikiem po Uniwersytecie Warszawskim. Zmarł w roku 2005. Ryszard Parulski to od lat znany warszawski adwokat. Założył fundację GLORIA VICTIS na rzecz byłych sportowców. Przez wiele lat był jej pierwszym prezesem. Nie potrafię natomiast nic bliższego powiedzieć o Zygmuncie Pawlasie. O ile wymienionych wcześniej trzech mistrzów poznałem osobiście już w życiu dorosłym, to zmarły w roku 2001 Pawlas był moją fascynacją lat dziecięcych. Otóż jako nieletnie pacholę – jakiś tam drugo - ,czy trzecioklasista – wyjeżdżałem z rodzicami na wakacje do domu wczasowego w Szklarskiej Porębie. Co rok do tego samego, bo był to dom resortowy przysługujący mojemu ojcu. Akurat w Szklarskiej Porębie, w parku „Esplanada”, odbywały się coroczne letnie zgrupowania szermierczej Narodowej Kadry. My dzieciaki, z wypiekami na twarzy, biegaliśmy do parku oglądać treningi mistrzów. Pośród nich królował Zygmunt Pawlas.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Świetnie zapamiętałem jego zręcznościowe popisy.
A zatem wymienieni mistrzowie fechtunku to także rodzima elita intelektualna. Dodajmy więc jeszcze do owej grupy najbardziej demonicznego z polskich aktorów – „Łysonia” Marka Walczewskiego, który jako junior walczył w szermierczej reprezentacji Polski i mamy elitę intelektualną i artystyczną.
A teraz zastanówmy się w jakiej to dziedzinie sportu dzisiaj wyżywają się tego rodzaju elity. Myślę, że odpowiedź jest tylko jedna – tenis. To na niezliczonych tenisowych kortach spotykają się aktualni fanatycy czynnego relaksu niezbędnego dla wypocenia egzystencjalnych stresów. A przecież w latach pięćdziesiątych kortów tenisowych prawie nie było. Poza tym namiętne odbijanie piłeczki rakietą nazbyt kojarzyło się z obrzydliwym „zgniłym zachodem”, toteż władza nie darzyła specjalną sympatią owego sportu. Co innego szermierka! Sport wyrosły z polskich, sienkiewiczowskich tradycji. Jakże męski w porównaniu z żenującym widokiem podskakujących do piłeczki galantych facecików w krótkich, białych majtkach!
Tak więc myślę, że w latach 50. i 60. popularność i powszechność klubów szermierczych była tym, czym dzisiaj są liczne tenisowe korty.
Na zakończenie wspomnienie osobiste potwierdzające moją teorię.
Jak zapewne pamiętamy, w opisywanych latach nie tylko szermierka była polską specjalnością eksportową. Także, a może przede wszystkim, był nią boks. Słynny trener Feliks Stamm, który w latach 1936-1968 (32 lata) jeździł z polską drużyną na siedem kolejnych olimpiad potrafił stworzyć ekipę mistrzów. W roku 1960 ja także postanowiłem zostać bokserem i po dwuletnich treningach szermierczych zapisałem się do sekcji boksu. Różnica obu grup była ogromna. Różnica, którą nazwałbym środowiskową. Wszyscy byliśmy wtedy jeszcze uczniami. Tylko że na szermierce spotykałem kolegów z tak zwanych dobrych liceów. Chłopaków schludnych i eleganckich (moim partnerem był chłopczyk Daniel Olbrychski, którego nazwisko nic jeszcze wtedy nikomu nie mówiło). Natomiast w grupie bokserskiej przeważała młodzież „z ulicy” – brutalna, wychowana w twardych warunkach, szukająca w walce rekompensaty za swoją paskudną młodość. Na szermierce fechtowaliśmy na punkty. Dla honoru. Na lekcjach boksu musiałem mocno uważać, aby sparing-partner mnie nie zabił, bo ci chłopcy z reguły wchodzili na ring z żądzą mordu w oczach.
No, ale tak czy inaczej dobrze jest spróbować wszystkiego.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
