Tak się jakoś ostatnio porobiło, że coraz częściej moi czytelnicy telefonują do mnie bezpośrednio (zawsze znajdą jakiegoś wspólnego znajomego, który poda im mój telefon), albo też przesyłają maila do redakcji. Co ciekawe wcale nie po to, żeby mi nasobaczyć i dać odpór, ale żeby podziękować za jakiś kolejny temat, a także podzielić się własnymi spostrzeżeniami.

Te dawne cukiernie

W miniony weekend odebrałem dwa bezpośrednie telefony. W jednej z rozmów starsza, elegancka pani (o elegancji świadczył sposób wysławiania się) podziękowała mi za wspominkowe, warszawskie tematy. Powiedziała mniej więcej tak: nasza młodość, to jest męża i moja, upłynęła w Warszawie. Pana felietony przypominają nam miejsca i klimaty jakie zostały w naszych wspomnieniach…

Bardzo to dla mnie miłe. Niedawno wzruszył mnie były warszawiak pan Włodzimierz, który przypomniał mi o bazarze przy ulicy Polnej. Teraz owa pani. Sam chętnie wracam myślami do Warszawy lat mojej młodości, ale nie chcę za bardzo zanudzać czytelników. Natomiast takie inspiracje pozwalają mi choć trochę wspominkowo pomarudzić. Czuję się usprawiedliwiony.

Tym razem cofnę się w moich wspomnieniach w czasy bardziej odległe niż robię to zazwyczaj. Do dzieciństwa. Na ogół opisuję w felietonach nocne życie Warszawy z perspektywy dorosłego młodzieńca. Wielokrotnie przypominałem słynne restauracje jak choćby 3 x K, czyli „Kameralną”, „Kamieniołomy” i „Kongresową”. Dzisiaj zatem kilka słów o warszawskich lokalach nie mniej znanych, ale takich, w których bywałem jako dziecko.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

O cukierniach.

Jako mały dzieciak mieszkałem z rodzicami przy ulicy Nowy Świat. Od naszego mieszkania do słynnej cukierni Bliklego było mniej więcej tak daleko jak w Szczytnie od ratusza do MDK. Często moi rodzice wysyłali mnie, jako najstarszego z trójki rodzeństwa, po ciastka na podwieczorek. Na ogół po pączki, bo co do różnego rodzaju ciastek, to można było wcale nie gorsze, a czasem nawet lepsze kupić u innych mistrzów cukiernictwa. Natomiast pączki od Bliklego były absolutnie niezrównane. Zresztą są nadal. Dwa lata temu, będąc w Warszawie kupiłem kilka. Były trochę inne niż te sprzed ponad pięćdziesięciu lat, ale nadal niepowtarzalne.

Te dawne, słynne wypieki były zawsze wielkości dorodnej mandarynki. Nie większe. Pokryte lukrem i kawałeczkami smażonej skórki pomarańczowej. Nadziewane solidnie różaną konfiturą. Miąższ miały żółty i taki dość soczysty. Nie suchy i puchaty jak to na ogół bywa w racuchowatych wyrobach pączkopodobnych. Słynny wypiek produkowany jest u Bliklego od 145 lat, ponieważ firmę założono w roku 1869. Przedwojenny slogan reklamowy brzmiał następująco: „Pół wieku temu, dziś i za lat dwieście pączki Bliklego najlepsze w mieście”. Całkowicie zgadzam się z cytowanym tekstem.

Przedłużeniem ulicy Nowy Świat w kierunku Starówki jest ulica Krakowskie Przedmieście. Tam stoi misyjny Kościół Świętego Krzyża, który był dla naszej rodziny kościołem parafialnym. Dokładnie naprzeciw niego, w podwórku za szeroką bramą swoją cukiernię otworzył mistrz prawie tak słynny jak Blikle. Firma powstała w roku 1920, a założył ją Roman Pomianowski, pieszczotliwie przezywany przez klientów Rom-Pom. Zawsze po niedzielnej mszy wstępowaliśmy rodzinnie do Pomianowskiego po przysmaki na świąteczne popołudnie. Moje siostry uwielbiały ciastka o nazwie „sokół”. Były to trójkątne wypieki z bezowych płatków przekładanych kremem. Nie mam pojęcia jakim, bo ja akurat nie byłem wielbicielem sokołów. Preferowałem eklerki i ptysie. Oczywiście z bitą śmietaną. Moi rodzice zajadali się rożkami śmietankowymi w polewie lukrowej, które były wówczas specjalnością zakładu.

Trzecim równie słynnym mistrzem cukierniczym o przedwojennej tradycji był kolejny potomek rodziny Gajewskich. Firma „Gajewski” istnieje w Warszawie od roku 1909. Powojenny lokal mieścił się przy ulicy Pięknej. W nieco późniejszych latach odwiedzałem tę cukiernię Już jako student, ponieważ była ona zlokalizowana niedaleko Wydziału Architektury PW, miejsca mojej akademickiej edukacji. Tamże jadłem najlepsze babeczki śmietankowe i napoleonki – skądinąd moje ulubione ciastka.

A skoro przenieśliśmy się w lata studenckie, to na zakończenie wspomnę słynną cukiernię B. Wróbel, zlokalizowaną vis a vis gmachu głównego Politechniki Warszawskiej. Istniejącą od roku 1921. Jakież ów Wróbel wypiekał bajaderki! To ciastko, pogardliwie nazywane przeglądem tygodnia, u Wróbla było rarytasem nie ustępującym bliklowskim pączkom. Nigdy i nigdzie czegoś takiego później nie jadłem.

Na tym zakończę mój warszawski spacer. Dzisiaj - jako grubas - unikam słodkich wypieków. Zatem o tutejszych, szczycieńskich cukiernikach nie mam bladego pojęcia. Nie mniej sądzę, że pośród moich czytelników znajdzie się co najmniej kilkanaścioro wielbicieli niedzielnych, cukiernianych podwieczorków i na nich zapewne mogą liczyć miejscowi mistrzowie. Niech zatem tworzą dynastie podobne do opisanych.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}