Wychowałem się na felietonach najwspanialszych mistrzów dziennikarskiej profesji.
W moich latach młodzieńczych wzorcami doskonałego pióra, czyli lekkości w wysławianiu się, a także dziennikarskiej wnikliwości, byli tacy felietoniści jak Daniel Passent (Bywalec), Krzysztof Teodor Toeplitz, Jerzy Urban (Kibic), Jan Zbigniew Słojewski (Hamilton), czy Janusz Głowacki. To były lata sześćdziesiąte. Wymienieni autorzy, starając się unikać ryzykownych tematów politycznych, potrafili pokazać nam tak zwany wielki świat w sposób nieco żartobliwy, czasem krytyczny, czasem nie, ale zawsze prawdziwy - czym wyróżniali się pośród innych, ówczesnych publicystów prasowych. Dzisiaj ja sam pisuję felietony, ale nie jest to mój zawód. Raczej hobby leciwego emeryta, który potrzebuje, od czasu do czasu, wygadać się. W młodości studiowałem architekturę. Tam nie uczono nas pisania. Całą swoją wiedzę w tej dziedzinie zawdzięczam szkole, a także maniakalnemu czytaniu tygodników. No i jakoś tam, od biedy, daję sobie radę, chociaż bardzo, bardzo daleko jest mi do poziomu wymienionych mistrzów.
Pisanie pisaniem, natomiast czytanie prasowych felietonów nadal jest moją pasją. W każdy poniedziałek, pośród innych periodyków, zaopatruję się w tygodnik „Angora”. Lekturę zawsze zaczynam od felietonu Henryka Martenki, który dla mnie jest wzorcem współczesnego felietonisty. Prawdziwym kontynuatorem twórczości wymienionych na wstępie mistrzów owej specjalności prasowej. I oto tenże Martenka, przed tygodniem, napisał artykulik pod tytułem „O zachowaniu się przy stole”. Wielce mnie to wzruszyło, ponieważ kilka dni wcześniej sam napisałem o zasadach dobrego wychowania. Zbieżność wyboru tematu, mimo że przypadkowa, wielce podbudowała moje ego. Z tym, że Henryk Martenka, jako przykład złych manier, opisuje żenujące zachowanie się polityków, zasiadających przy dyskusyjnym stole w telewizyjnym studio. Ja natomiast napisałem o zwyczajnej konsumpcji kulinarnej. Łączy nasze felietony jedynie mebel. Ale, ponieważ zgadzam się z każdym słowem felietonisty „Angory”, chętnie dodam dzisiaj kilka słów od siebie, rozwijając ów telewizyjny motyw stołu.
Zacznę od cytatu i przytoczę fragment felietonu Martenki. Relacjonuje on przebieg niedzielnego programu telewizyjnego „Kawa na Ławę”. Opisuje zachowanie zaproszonych polityków: Wszyscy mówili na raz, przekrzykiwali się, plwali na stół, podłogę i sąsiadów, nie słuchali nikogo, eksponując prymitywne emocje... Nad ławą doskonale nie panował prowadzący Morozowski. Tekst krótki, zwięzły i prawdziwy.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Ostatnie zdanie dotyczy wyborców, ale przecież nie redaktorów. To oni zapraszają rozmówców i mogliby nieco selekcjonować wybrańców, rezygnując z takich wątpliwych „autorytetów” jak hochsztapler Ryszard Czarnecki, czy niezbyt lotny poseł Janusz Kowalski, dla którego Naród Polski składa się wyłącznie z pisowców, komuchów oraz...Tuska. Kontynuowałbym tę listę, ale jest na niej także kilka pań, zatem litościwie odpuszczę. Oczywiście rozumiem, że owe publicystyczne programy muszą mieć oglądalność, zatem należy telewidzowi zapewnić nieco rozrywki. Co do poważnych treści, to i tak jedynie nieliczni słuchacze cokolwiek rozumieją, natomiast bazarowe pyskówki, niczym mecze bokserskie, gromadzą przed telewizorem gawiedź spragnioną emocji. Trudno, widocznie tak być musi. Ja owych wrzasków (na przykład program „Debata Dnia” w Polsacie) i tak nie słucham. Swoją drogą zauważyłem, że telewizyjni dziennikarze, prowadzący audycje, też jakby trochę obniżyli poziom własny. Wymieniony przez Martenkę Andrzej Morozowski, niegdyś znakomity prezenter, obecnie raczej przeszkadza rozmówcom, nachalnie forsując własne zdanie na omawiany temat. Przy tym nie potrafi już mówić płynnie i musimy, w każdym zdaniu, słuchać denerwującego przerywnika a-a-a-, albo y-y-y. U profesjonalisty rzecz niebywała. Zauważyłem, że także gwiazda telewizyjnych wywiadów Monika Olejnik cierpi na tę samą chorobę wymowy. No cóż - nikt nie jest doskonały, że zacytuję, tym razem, zdanie z filmu „Pół żartem, pół serio”.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
