Od czasu do czasu pisuję o jazzie, ponieważ jest to mój ulubiony rodzaj muzyki. Pretekstem dla dzisiejszego felietonu stał się niedawno odbyty w sali MDK koncert, zorganizowany w ramach dorocznego JAZZ JARMARKU MAZURSKIEGO, pod nazwą „Ten stary, dobry jazz”. Tu warto zaznaczyć, że nazwa imprezy nie jest przypadkowa.

Ten stary, dobry jazz
Zbyszek Siwek, Aleksandra Motyka i Jarosław Śpiewankiewicz

Dzisiejszy sposób wykonywania tego rodzaju gatunku daleko odbiega od pierwowzoru improwizowanej muzyki, powstałej na początku dwudziestego wieku, w Nowym Orleanie. Tamtejsze wspólne granie w stylu nazwanym później nowoorleańskim lub dixielandem polegało na radosnym improwizowaniu. Każdy miejscowy muzyk grał jak umiał, ale tak, aby muzycznie dopasować się do pozostałych. Co jakiś czas kolejny z nich popisywał się własną solówką, za co dostawał mniejsze, lub większe brawa. Robiło to wrażenie wzajemnego przekrzykiwania się instrumentów podczas żartobliwej rozmowy. Dzisiaj ten styl pomału odchodzi w zapomnienie, ponieważ współcześni muzycy, starannie wykształceni, starają się zaimponować widzom swoją muzyczną sztuką. Tworzą zatem improwizacje zawiłe i trudne do zrozumienia dla przypadkowego słuchacza. No i stało się tak, że ludyczny dotychczas jazz, w nowej formule, wkroczył do filharmonii.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Osobiście nie fascynuje mnie ów modern styl. Ten stary, dobry, niegdysiejszy jazz miał w sobie coś z zabawy ludowej. Dlatego do Szczytna, podczas Jarmarku Mazurskiego, zapraszamy muzyków kontynuujących dawne, historyczne tradycje. Zapraszamy od dziesięciu już lat. Sądząc po frekwencji taka muzyka podoba się niemal każdemu słuchaczowi. Pamiętam, że jeszcze przed rozpoczęciem cyklicznych koncertów organizowanych z okazji Jarmarku przez Muzeum Mazurskie wspólnie z Towarzystwem Przyjaciół Muzeum w Szczytnie, ówczesny dyrektor Miejskiego Domu Kultury Klaudiusz Woźniak kilkakrotnie zapraszał do Szczytna krakowski zespół „Jazz Band Ball Orchestra”, grający bardzo tradycyjnie. Byłem na tych koncertach. Słuchacze bawili się świetnie, choć nie do końca rozumieli, na czym ta muzyka polega. Dzisiaj, po latach, mieszkańcy Szczytna stanowią znakomicie wykształconą publiczność. Bezbłędnie odróżniają temat od improwizacji i wrażliwie reagują na solówki, które nagradzają spontanicznymi brawami.

Istnieje zabawna, ale prawdziwa definicja, co to właściwie jest jazz. Definicję tę przypisuje się młodemu Luisowi Armstrongowi, który powiedział: „jazz, to muzyka grana przez jazzmana”. To prawda. Jazzu nie można nauczyć się w szkole. Umiejętność improwizacji, czyli natychmiastowego, w czasie gry, komponowania melodii, to szczególny talent. Jazzman nie gra z nut, on improwizuje „na zadany temat”. Do tego dochodzi wyczucie synkopy, czyli jakby odrobinę opóźnionego taktu. Na przykład w tradycyjnym ragtime pianista gra tak, jakby jedna ręka nie bardzo nadążała za drugą. Z tym trzeba się urodzić. Znam koncertowych pianistów najwyższej klasy, wirtuozersko grających muzykę poważną, a niepotrafiących najprostszego utworu zagrać synkopowo. Tak więc definicja Armstronga jest jak najbardziej prawdziwa.

A teraz kilka słów o naszym koncercie szczycieńskim. Przesłanie jego nazwy „Ten stary, dobry jazz” już wyjaśniłem. Zaprosiliśmy dwa zespoły. Jeden z Warszawy, drugi z Olsztyna. Warszawiacy, to czwórka old boyów, których wiek i doświadczenie gwarantowały zaprezentowanie tradycyjnej formuły jazzu na najwyższym poziomie. Szefem zespołu jest znakomity klarnecista Andrzej „Bigol” Bigolas. Zaczynał w roku 1962 w „Harlem Jazz Band”, a wkrótce potem grał w słynnym „Vistula River Brass Band”. Nieco od niego starszy Adam Kupiec gra na trąbce już od końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i to zawsze z najlepszymi muzykami. Do tego Krzysztof „Jenerał” Marszałek, który gra na banjo. Debiutował w „Vistula River Brass Band”. Z nimi wystąpił nieco młodszy gitarzysta basowy Jurek Stelmaszczuk. Młodszy, ale tak dobry, że zapraszany obecnie do współgrania przez wszystkie warszawskie zespoły jazzowe. Cała czwórka wystąpiła pod nazwą SUPER DIXI BAND. Zagrali i zaśpiewali (Bigolas) bardzo, bardzo tradycyjnie, a zarazem wspaniale muzycznie.

Dwukrotnie wymieniłem słynny zespół „Vistula River Brass Band”. Zatem, przy okazji, informacja dodatkowa. Kiedy piszę niniejszy felieton, w Iławie ma miejsce uroczysty jubileusz 50-lecia tej historycznej już formacji.

Zupełnie inną odmianę muzyki zaprezentował ze swoimi partnerami Zbigniew Siwek z Olsztyna. Wspaniały saksofonista, od lat lider zespołu ZBIGI BAND. Związany także ze Szczytnem, gdzie na początku naszego wieku, przez cztery lata prowadził orkiestrę domu kultury. Zbyszek jest wspaniałym, prawdziwym jazzmanem, według definicji Louisa Armstronga. W roku 2000 otrzymał, na festiwalu w Iławie, Złotą Tarkę, czyli najwyższą polską nagrodę dla muzyka wykonującego jazz tradycyjny. U nas wystąpił w trzyosobowym składzie. Z Jarosławem Śpiewankiewiczem, gitarzystą z Olsztyna i fantastyczną piosenkarką z trójmiasta Aleksandrą Motyką. Był to niezwykły pokaz artystycznego przeniesienia jazzu tradycyjnego w dzisiejsze czasy. Współpraca młodej wokalistki z doświadczonym muzykiem, to była prawdziwa uczta. Rozumieli się, jak młodzi wykonawcy sprzed wieku, podczas koncertów w Nowym Orleanie. Niby dawne standardy, a było to współczesne i nowoczesne, czy jak to jeszcze nazwiemy. Czyli tradycyjny jazz nie starzeje się.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}