Reklama

Węgiel

Emma Skowronek, najstarsza mieszkanka Sędańska, która po wojnie przez 25 lat pełniła funkcję sołtysa, wspomina o życiu przed i w czasie wojny.

Tu jest moja ojczyzna

PRZED WOJNĄ

Emma Skowronek z domu Ijewski urodziła się 27 kwietnia 1923 roku w Seedanzig, czyli dzisiejszym Sędańsku. W tamtych latach w skład sołectwa sędańskiego wchodziły 22 gospodarstwa położone w Janowie, Sawicy i Radosnej Górze. Wielu mieszkańców dojeżdżało do pracy do Szczytna w tamtejszym tartaku i młynie.

- Ziemia w tej okolicy licha, ledwie 6 klasa, trzeba było dorobić, bo wyżyć z niej się nie dało.

Ona sama ukończyła szkołę podstawową i rozpoczęła dalszą naukę, chcąc podjąć pracę na kolei. W tym celu odbyła trzymiesięczne szkolenie w Nidzicy. Kolejne dwa kursy miała już zaplanowane jednak po wybuchu wojny. Plany uległy więc zmianie. W czasie wojennej pożogi pomagała w pracach na 4,5 hektarowym gospodarstwie należącym do jej rodziny.

WOJENNA POŻOGA

Była w 3. miesiącu ciąży i wraz ze swoim narzeczonym planowali wziąć ślub. Jednak wojna brutalnie pokrzyżowała ich plany. Pewnego dnia dostała suchą wiadomość o śmierci swojego wybranka Otto. Jak się okazało jego kompania, walcząca na południowym odcinku frontu wschodniego, weszła na pole minowe i wszyscy jej członkowie zginęli. W tym samym roku do wojska powołanie otrzymał jej 18-letni brat Willy, który również trafił do jednostki walczącej na froncie wschodnim. W czasie jednej z potyczek został ciężko raniony przez granat, który wybuchł dwa metry od niego. W jego ciało trafiły liczne odłamki. 10 z nich przeszło na wylot, 22 usunęli lekarze, część z nich utkwiła na zawsze.

Trwająca wojna przez swoją większą część oszczędzała okrucieństw mieszkańcom Prus Wschodnich. W niektórych miejscowościach pojawiali się robotnicy przymusowi, gdzieniegdzie przemykały wojskowe oddziały. Jednak wraz z upływem czasu, gdy diametralnie zmieniła się sytuacja na frontach, wojska niemieckie rozpoczęły długi odwrót w kierunku swoich ziem macierzystych. Coraz częściej widywano transporty rannych żołnierzy, czy osoby ewakuowane z obszarów bombardowanych przez wojska alianckie.

EWAKUACJA I NIEWOLA

W końcu 1944 roku stało się jasne, że wojna przetoczy się także przez ziemie Prus Wschodnich. Również mieszkańcy Sędańska otrzymali rozkaz ewakuacji. Obowiązek ten dotyczył wszystkich kobiet mających małe dzieci. Pani Emma musiała zostawić na gospodarstwie swoją mamę i wraz ze swoim dzieckiem została wywieziona do Kamienia Pomorskiego. Tam dogonił ją front i dostała się do niewoli. Wszystkich ewakuowanych zebrano i ulokowano w dużym majątku ziemskim z nakazem pracy. Razem z nią przebywało tam około 150 osób. Zajmowali się oni głównie opieką nad zwierzętami. Jak mówi pani Emma, pracy było bardzo dużo. Na każdą osobę zajmującą się dojeniem krów przypadało po piętnaście sztuk bydła. Pewnego dnia przypadkowo usłyszała rozmowę dwóch polskich żołnierzy, którzy rozmawiali o swoich żonach mieszkających aktualnie w Szczytnie. Pani Emma, nie wiedząc nic o swojej matce, postanowiła zaryzykować. Poprosiła wojskowych, aby podczas urlopów w Szczytnie dowiedzieli się co dzieje się z jej mamą. Przy najbliższej okazji spełnili tę prośbę. - W ten sposób dowiedziałam się, że moja mama żyje – wspomina.

Po długich staraniach udało się uzyskać zgodę na powrót do domu. Otrzymała żołnierza do ochrony i nakaz nieodzywania się w czasie podróży. Wraz ze swoim synkiem Manfredem po długiej podróży dotarła do domu. Zarówno ona, jak i dziecko byli wycieńczeni drogą. Zdrowie nie dopisywało także mamie, która jak się okazało cierpiała na malarię i w wyniku choroby utraciła wzrok. Na szczęście wróciła do zdrowia po wizycie w Sędańsku lekarzy Czerwonego Krzyża. Dzięki nim odzyskała wzrok, nie powróciła już jednak nigdy do pełni sił. O dziwo sama miejscowość nie doznała wielu zniszczeń. Najbardziej wstrząsający okazał się los mieszkającej tam Luizy Kędziory. Otóż mama pani Emmy musiała na kilka dni opuścić Sędańsk, aby znaleźć środki do życia. Całym żywym inwentarzem obiecała zaopiekować się właśnie pani Luiza. Gdy matka wróciła do domu okazało się, że przyjaciółka została zastrzelona przez Rosjan, a jej ciało leżało na kupie gnojowicy.

CIĄGLE TU WRACAM

Pani Emma postanowiła zostać na gospodarce, mimo wyuczonego przed wojną zawodu. Znaczną część czasu poświęcała sprawom mieszkańców, ci zaś odwdzięczali się wybierając ją sołtysem Sędańska przez kolejnych dwadzieścia pięć lat. Była również radną w gminie. Panią Emmę najbardziej boli to, że znajdujący się w Sędańsku cmentarz ewangelicki jest co jakiś czas dewastowany. Jak mówi to bardzo bolesne tym bardziej, że pochowana jest tam jej matka, znajomi oraz mieszkańcy okolicznych ziem, którzy zginęli zamordowani przez Rosjan. Jak zaznacza najważniejsza jest historia. Mimo że od wielu lat na stałe mieszka w Niemczech, co roku przyjeżdża do Sędańska i przebywa tu od marca do października.

- Tu jest mój dom, rodzinny dom, moja ojczyzna, a ojczyzny nikt mi nie zastąpi – mówi.

Łukasz Łogmin