... o „zakutej pale” mi przypomniały, czyli napoju skutecznie gaszącym pragnienie. Ciekawa jestem czy smakosze piwa pamiętają, że właśnie tak nazywano nasz rodzimy, produkowany w szczycieńskim browarze produkt? Opowiem więc moją przygodę z 1994 r., kiedy robiąc zakupy w sławetnej „jedynce” usłyszałam jak klient prosi ekspedientkę, by podała trzy zakute pały.

Upały...
Na zdjęciu z lewej pamiątki po słynnym „Jurandzie”. Z prawej pracownik szczycieńskiego browaru pan Korotkiewicz w warzelni. Zdjęcie udostępniła Zofia Skowrońska

Oniemiałam wówczas z wrażenia, bowiem natychmiast na ladzie pojawiły się trzy butelki piwa. Szybko rzuciłam okiem na etykietę z napisem „Jurand”, z której spod przyłbicy zerkał na mnie rycerz w zbroi. Wcześniej wielokrotnie słyszałam, że na niektórych ludzi mówi się: „ty zakuta pało”, określając w ten sposób poziom umysłu, ale żeby tak prosić o piwo?!, to nie.

Ten piwny incydent sprawił, że postanowiłam iść śladem kuflowej piany. Po pierwsze, wypytałam sklepową, która udzieliła mi wyczerpującej informacji na temat odwiedzających sklep klientów. Ze śmiechem stwierdziła, że faktycznie wielu z nich, prosząc o Juranda, nazywa je zakutą pałą z uwagi na wizerunek rycerza i oczywiście kapsel. Wówczas skontaktowałam się z Naczelnym „Kurka Mazurskiego” Andrzejem Olszewskim i spytałam, czy mogę przygotować artykuł o piwie i czy wyda mi zezwolenie na spotkanie z ówczesnym dyrektorem browaru. Oczywiście zgodził się chętnie, a ja uzbrojona w stosowny dokument umówiłam na spotkanie z panem dyrektorem. Szczycieński browar był jednym z trzech, po Olsztynie i Biskupcu, zakładów tworzących spółkę z o.o. o nazwie Browary Warmińsko- Mazurskie, a zarząd spółki mieścił się w Olsztynie. Swoje zainteresowanie skupiłam na piwie, czyli pienistym napoju o małej zawartości alkoholu, otrzymywanym przez fermentację z tzw. brzeczki, przygotowanej ze słodu jęczmiennego, chmielu, drożdży i wody. Na spotkanie oczywiście poszłam odpowiednio przygotowana i wiedziałam, że wówczas browar produkował piwa jasne pełne w czterech rodzajach o nazwach: Jurand, Grunwald, Maćko i Korona.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Przed panem dyrektorem popisywałam się swoją zdobytą wiedzą i opowiadałam, że jako uczennica brałam udział w zorganizowanych wycieczkach, podczas których zapoznawano nas z procesem technologicznym i wnętrzem zakładu. Pytałam czy wie, że na piwo Jurand mówią „zakuta pała”, ze śmiechem potwierdził. Rozmowę kontynuowaliśmy, wędrując po hali produkcyjnej. Z uwagą słuchałam, że sama technologia od czasu założenia browaru niewiele się zmieniła, że jest to technologia otwarta, a zmianie natomiast uległy warunki techniczne. Mam do dziś wszystko zapisane i wiem, że pierwszy etap produkcji piwa to gotowanie brzeczki otrzymywanej ze słodu z chmielem, wodą, cukrem, tzw. warzenie. Na potwierdzenie tego zaprowadzona zostałam do warzelni. Następnie pokazano mi gdzie chłodzi się brzeczkę do temperatury ok. 7 stopni C i poddaje fermentacji. Pan dyrektor pokazał mi kadzie fermentacyjne. Największa miała pojemność 300 hl (30 tys.l). Dowiedziałam się, że po 14 dniach młode piwo przesyłane jest do leżakowni i w zamkniętych tankach o pojemności do 180 hl leżakuje ok. 30 dni. Zajrzeliśmy na sekundę do leżakowni i wówczas dowiedziałam się, że głównym czynnikiem chłodzącym jest amoniak. Dalej pozyskałam wiedzę, że piwo po okresie leżakowania, aby uzyskać klarowność, przechodzi przez filtr i trafia do butelkowni, gdzie następowało rozlewanie do butelek. Nawet po tylu latach widzę ten butelkowy zawrót głowy i pamiętam, że maksymalna wydajność rozlewni wówczas wynosiła 10 tys. butelek 0,5 l na godzinę.

Artykuł w „KM” o „zakutej pale”

Ze zdobytymi informacjami wróciłam do domu i szybko to, co trochę zapisałam, a trochę zapamiętałam przemieniłam w (w mojej ocenie) zgrabny tekst i zaniosłam do redakcji „Kurka Mazurskiego”. Naczelny po zapoznaniu się z treścią pochwalił mnie, więc dumna niczym paw wróciłam do domu. Wiadomo, na papierowe wydanie tekstu trzeba było troszkę poczekać, ale gdy się ukazał z radością i niecierpliwością kartkowałam strony... To, co ujrzałam na piątej stronie lokalnej gazety sprawiło, że natychmiast zrobiłam się czerwona jak burak, a na głowie poczułam pancerz. W jednej chwili przemieniłam się w zakutą pałę. Otóż redakcyjny rysownik, mistrz śmiałej i fantastycznej kreski, Kazimierz Franciszek Napiórkowski tekst o nazwie „Zakuta pała” ozdobił rysunkiem pana w garniturze siedzącego za biurkiem, a na głowę co mu włożył? – kapsel! O zgrozo! Proszę mi wierzyć, że faktycznie dziś można się z tego śmiać, ale postać dyrektora z kapslem na głowie prześladowała mnie bardzo długo. Nawet rozmowa osobista z ówczesnym dyrektorem (może właśnie dlatego nie podaję jego nazwiska) mnie nie uspokoiła. Niby obróciliśmy wszystko w żart, ale... goryczka była wyczuwalna. Sama sobie takiego piwa nawarzyłam, więc je wypiłam i teraz upały mi tamte sprzed lat wspomnienia przywołały.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}