Orlen Reklama Top

Gabrysia, córka Aleksandry i Tomasza Bednarków ze Szczytna, urodzi się na początku września. Dziecko ma poważną wadę serca i od razu po przyjściu na świat musi być operowane. Ratunkiem byłby zabieg przeprowadzony w niemieckiej klinice, na który potrzeba 350 tys. złotych. Suma ta przerasta możliwości finansowe rodziców dziewczynki, dlatego proszą o pomoc w zbiórce wszystkich ludzi dobrej woli.

Uratujmy serduszko Gabrysi
- Musimy zrobić wszystko, by ratować nasze dziecko – mówią Aleksandra i Tomasz Bednarkowie

DRAMATYCZNA DIAGNOZA

Aleksandra i Tomasz Bednarkowie są małżeństwem od trzech lat. Poznali się w szkole policealnej w Olsztynie, gdzie pani Ola, rodowita szczytnianka, kształciła się na kierunku technik farmacji. Jej przyszły mąż pochodzi z Olecka i zdobywał tam wiedzę potrzebną do pracy na stanowisku ratownika medycznego. Po ślubie para zamieszkała w Szczytnie. Półtora roku temu urodziła się im córeczka Wiktoria. W styczniu tego roku młodzi małżonkowie dowiedzieli się, że zostaną rodzicami po raz drugi. Radość z tego, że rodzina się powiększy nie trwała jednak długo. - W 11. tygodniu ciąży lekarz stwierdził nieprawidłowy obraz znakowania Dopplera serca. Uspokoił nas jednak, że serduszko jest jeszcze tak malutkie, że nie do końca wszystko widać – opowiada pani Aleksandra. Dodaje, że wraz z mężem mieli nadzieję, że wszystko będzie dobrze, zwłaszcza że pierwsze dziecko urodziło się zdrowe. - W naszych rodzinach nie było wad serca, więc w ogóle nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że coś może być nie tak – mówi.

Niestety, kolejne badania przeprowadzane w Olsztynie i Warszawie przyniosły dramatyczną diagnozę. - Okazało się, że dziecko ma znacznie powiększoną prawą komorę serca oraz dziurę w przegrodzie międzykomorowej. Do tego łuk aorty jest albo przerwany, albo zbyt wąski. Tego jeszcze dokładnie nie wiemy, bo wykażą to późniejsze badania – mówi pani Aleksandra.

SZOK ZASTĄPILI DZIAŁANIEM

Małżonkowie przyznają, że wiadomość o poważnej wadzie serca ich nienarodzonej córeczki spadła na nich jak grom z jasnego nieba. Na początku był szok i niedowierzanie, ale zaraz potem zaczęli działać. Nawiązali kontakt z rodzicami, których dzieci cierpią na podobne schorzenia. Od razu podjęli decyzję, że zrobią wszystko, aby ratować swoje maleństwo. Ratunkiem dla Gabrysi, bo tak ma mieć na imię córeczka państwa Bednarków, jest operacja w Klinice Uniwersyteckiej w niemieckim Münster. Od 2013 r. kierownikiem Oddziału Kardiologii Chirurgii Dziecięcej jest tam wysokiej klasy specjalista, Polak, prof. Edward Malec. Podejmuje się on leczenia najbardziej skomplikowanych wad serca u małych pacjentów. Na to, by przeprowadzić operację w Niemczech, potrzeba 350 tys. złotych. To kwota, która przerasta możliwości finansowe młodego małżeństwa. Dlatego, za pośrednictwem Fundacji Cor Infantis oraz portalu siepomaga rozpoczęli zbiórkę środków na ten cel. - Kiedy tylko dowiedzieliśmy się, ile musimy zebrać pieniędzy, załamaliśmy się. Potem jednak stwierdziliśmy, że musimy zrobić wszystko, by ratować nasze dziecko – mówi pani Aleksandra. Dopiero kiedy Gabrysia się urodzi, okaże się, jak będzie przebiegało jej leczenie. Rodzice dziewczynki mówią, że jeśli badania wykażą, że pracują u niej dwie komory serca, wtedy najprawdopodobniej potrzebna będzie tylko jedna operacja. - W naszym przypadku istnieje szansa, że dziecko jest dwukomorowe, dlatego że występują przypływy i odpływy krwi z lewej komory – tłumaczy pani Aleksandra. Jeżeli jednak okaże się, że u Gabrysi funkcjonuje tylko jedna komora, potrzebne będą aż trzy operacje. - Sami na dziś nie wiemy, jak będzie. Lekarze w opisie choroby przedstawili dwie opcje – mówi pan Tomasz.

CZASU JEST NIEWIELE

Państwo Bednarkowie wierzą, że z pomocą ludzi dobrej woli uda im się zebrać potrzebną sumę. Mają jednak na to niewiele czasu. Termin porodu zaplanowano na 14 września, ale przynajmniej dwa tygodnie wcześniej, o ile nie wystąpią żadne komplikacje, pani Aleksandra musi już być w niemieckiej klinice. Młodzi małżonkowie z pomocą miasta chcą zorganizować koncert charytatywny w Miejskim Domu Kultury oraz mecz piłki nożnej. Choć rodzicom Gabrysi nie jest lekko, to przyznają, że nie mają czasu na to, by się zamartwiać. - Wszystko musimy zorganizować sobie tak, żeby w miarę normalnie funkcjonować. Mamy przecież jeszcze starszą córeczkę, którą też trzeba się zajmować – mówi pan Tomasz. Przez ostatnie dni, wraz z żoną do późnych godzin nocnych wysyłali linki z prośbą o pomoc do największych firm w kraju oraz lokalnych przedsiębiorców. - Działamy, jak tylko możemy – mówią rodzice.

Ewa Kułakowska