Przed tygodniem pozwoliłem sobie przytoczyć kilka przykładów urzędniczej paranoi, czyli opisałem przypadki bezsensownego i nikomu niepotrzebnego działania wszelkiego rodzaju biuralistów. W skali ogólnopolskiej.

Urzędnicy kontynuacja

Nie napisałem ani słowa o naszym mieście i administracyjnych pracownikach ratusza. Tymczasem już w środę rano odebrałem telefon od jednego z moich czytelników, oczywiście prywatnego znajomego, który znał numer mojej komórki. Tenże, podekscytowany treścią felietonu, uraczył mnie opowieścią o całej serii przykładowych spraw jakie załatwiał w naszym mieście z komentarzem jak to go marnie w naszych urzędach potraktowano. Nie dość, że marnie, to jeszcze niegrzecznie. Okazało się, że przypadkiem włożyłem kij w mrowisko. Podobnych telefonów odebrałem tego dnia jeszcze siedem. Odkąd piszę felietony do „Kurka” (już sześć lat) z takim odzewem spotkałem się tylko raz. Wówczas, gdy napisałem o lekceważącym stosunku właścicieli prywatnych gabinetów lekarskich do swoich pacjentów. Zarówno wtedy jak i obecnie zasypano mnie telefonami, podając liczne przykłady popierające moje stanowisko.

Staram się nie uprawiać dziennikarstwa interwencyjnego. Jeśli o czymś piszę, to nie po to, aby komuś zaszkodzić, czy pomóc. Ot, po prostu opisuję interesujące zjawiska. Te dawne i te współczesne. Zabawne i ponure. Czasem społecznie denerwujące. Tymczasem, jak się okazało, czytelnicy „żądają krwi” i liczą na moją pomoc. No cóż, gdybym postarał się usystematyzować to co od nich usłyszałem, mógłbym sporządzić wcale interesujący ranking przedstawicieli naszej ratuszowej administracji. Oczywiście z imienia i nazwiska, powołując się na zasłyszane fakty. Daruję to sobie, przynajmniej do czasu, ale dziwi mnie dlaczego to ja miałbym stać się jakąś instancją odwoławczą. Czy Starostwo Powiatowe oraz Urząd Miejski nie mają jakiejś własnej komórki, gdzie petent mógłby wyżalić się, wnieść skargę i zostać wysłuchany? A potem odnieść wrażenie, że urząd jest dla niego, a nie przeciw niemu. Tymczasem wszyscy, którzy ze mną rozmawiali podkreślali, że na urzędników i tak nie ma mocnych.

No cóż. Nie będę opisywał cudzych przypadków. Moje felietony mają na ogół charakter osobisty. Ale jeśli już usłyszałem to czy tamto od innych, to podzielę się z czytelnikami spostrzeżeniami własnymi.

Stosunkowo niedawno telefonowałem do jednego z ratuszowych wydziałów. Nie byłem pewien, czy mam dobry numer więc zacząłem od pytania: „Dzień dobry, czy to wydział taki a taki?” W odpowiedzi usłyszałem: „A kto mówi?”.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Czyli tak: Jeśli powiem Symonowicz, to odpowiedzą mi, że owszem, ale jeśli to Kowalski, to nie. Albo odwrotnie. Przecież to oczywiste, że jeśli dobrze trafiłem, to za chwilę się przedstawię. A także sprawę w jakiej dzwonię. Ja sam, kiedy będąc w muzeum odbieram telefon, zawsze zaczynam od słów „Muzeum Mazurskie, dzień dobry”. Tymczasem urzędnik - łaskawca najpierw musi dowiedzieć się kto śmie zawracać mu głowę. Przypomina mi to odzywkę sprzedawczyni w sklepie delikatesowym w Moskwie, gdzie w latach siedemdziesiątych usiłowałem coś tam kupić. Dwie ekspedientki gaworzyły sobie radośnie i żadna z nich jakoś nie paliła się do obsługi klienta. Kiedy usiłowałem przerwać hałaśliwy dialog przekupek jedna z nich odezwała się do mnie ze złością: „nie mieszaj, ja zdies rabotaju”, co znaczyło „nie przeszkadzaj, ja tu pracuję”.

Ten moskiewski cytat, choć wypowiedziany przez ekspedientkę, a nie pracownika administracji jest dla mnie najlepszym, skrótowym opisem myślenia wzorcowego biuralisty. On oto właśnie pracuje! I wara od niego!

Zdarzyło mi się osobiście usłyszeć od wysokiej rangi ratuszowego urzędnika, że czegoś tam nie udało mu się zrealizować, bo jego pracownik odmówił wykonania polecenia. To dopiero kierowniczy autorytet! Zgodnie z prawem Parkinsona taki kierownik będzie teraz szukał osobistej rekompensaty. To oznacza, że pilnie rozejrzy się za słabszymi, którym będzie mógł dać popalić. No i dopiero pokaże kto tu rządzi!

Wracając do wspomnianego rankingu urzędników. Od razu zaznaczam, że poza przykładami negatywnymi znam w ratuszu co najmniej kilkanaścioro urzędników niższego i wyższego szczebla kompetentnych i sympatycznych. Zatem zastrzegam się - moje dywagacje, oparte na prawie Parkinsona, ich nie dotyczą.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}