Coraz większe zdumienie ogarnia mnie, kiedy znienacka stykam się z kolejnymi zarządzeniami, których zadaniem jest regulacja czynności urzędowych na styku urzędu z petentem oraz usprawnienie systemu kontroli nad wydatkami z kasy państwowej, czy samorządowej.
Teoretycznie nowo powstałe przepisy mają chronić nas podatników, czyli „naród”, ale to pozór. W rzeczywistości jest to uporczywe dążenie do uzasadnienia pracy nieprawdopodobnej ilości wszelkiej maści urzędasów, którzy tak naprawdę nie są nikomu i do niczego potrzebni. Ale żyć z czegoś trzeba. W końcu po to istnieją politycy i starają się o jak najlepsze miejsca w hierarchii, aby liczne rzesze ich krewnych i znajomych mogły żyć dostatnio. To oczywiście oznacza przygotowanie im jakiejś tam urzędniczej posadki. Zawód polityka polega przecież na tym, aby zapewnić rodakom lepsze jutro. Wszystkim nie zapewnią, no to chociaż swoim… I tak powstał szereg całkiem nowych urzędów, których zadaniem jest tylko i wyłącznie wymyślanie kolejnych przepisów, nazywanych eufemistycznie regulacjami prawnymi. Wyłącznie po to, aby konieczność ich realizacji wymusiła powiększenie istniejących biurowych oddziałów o kolejne bataliony niezbędne do podjęcia świeżo wyznaczonych zadań. I tak rozrasta się owo pasożytnicze grono żyjące z pensji, jaką otrzymują z pieniędzy tych pożytecznych i pracowitych obywateli, którzy coś tworzą, produkują i realizują pomnażając majątek państwa. Co ciekawe, taki typowy miejski, czy wiejski urzędnik uważa się za „coś lepszego” i chętnie demonstruje swoją wyższość wobec petenta (dajmy na to uczciwego rolnika), mimo że jakąś tam część jego wynagrodzenia płaci mu właśnie ów wymieniony petent.
Opiszę kilka urzędniczych ciekawostek, czyli pomysłów delikatnie mówiąc wątpliwych. Zacznijmy od stosowanej od dawna zasady przetargów publicznych.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Mimo szczytnych celów przyświecających idei zamówień przetargowych nie jest dla nikogo żadną tajemnicą jak ominąć obowiązujące przepisy. I to wcale nie dla osobistych korzyści materialnych, ale żeby coś tam przyzwoicie zrealizować. Przyzwoicie, a nie byle jak tylko dlatego, że jakiś mało znany oferent jest tańszy od innych. No, ale to już stary, wielokrotnie omawiany temat. I oto ten stary, otrzaskany temat został ostatnio wzbogacony o nową, zaskakującą interpretację. Dotyczy ona umów o dzieło z artystami. Otóż zamówienie konkretnego dzieła u artysty także podlega konkursowi ofert. Oznacza to, że obowiązkowo należy zlecić wykonanie pracy oferentowi najtańszemu. Niebywałe!
Wyobraźmy sobie, że władze miasta X zdecydowały o zamówieniu portretu któregoś z wielkich Polaków. Na przykład Ojca Świętego. Miałby portret ów być ozdobą ratuszowej auli. Po fachowej konsultacji zacni miejscy radni wybrali jako autora owego dzieła słynnego portrecistę profesora Y. Nic z tego. Ofertę na wykonanie pracy powinni złożyć także inni artyści. Toteż złożyli. Oferta nauczyciela rysunku z miejscowej szkoły była dziesięciokrotnie niższa od oferty profesora Y. Jest więc rzeczą oczywistą, w świetle przepisów, że to on powinien wykonać wiekopomny portret. Gdyby wobec takiej zasady obsadzać filmy fabularne, to panowie Olbrychski, czy Linda, aby zagrać Kmicica lub księdza Robaka, musieliby przedstawić oferty konkurencyjne w stosunku do aktorów pobliskiego teatrzyku przy Domu Kultury. Paranoja. Pewien zaprzyjaźniony ze mną wysokiej rangi urzędnik samorządowy powiedział mi, oczywiście żartując, że nigdy nie korzysta z usług płatnych panienek, bo musiałby korzystać z ofert najniższych, a te na ogół składają „panienki” dość leciwe.
Jeszcze jeden przykład mrówczej pracy urzędników decydentów.
Istnieje w Warszawie instytucja, która nazywa się „Narodowy Instytut Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów” (NIMOZ) Równie „przydatna” jak Ministerstwo Kultury. I oto ów NIMOZ, całkiem niedawno, rozesłał po muzeach wielostronicowy materiał instruktażowy o tym, jak należy urządzać wystawy zmienne (czasowe) w muzeach. Dziełko skonstruowane zupełnie jak osławione ogólnowojskowe instrukcje wyśmiewane w niezliczonych kawałach.
Odkąd istnieją muzea realizuje się w nich, obok ekspozycji stałych, także zmieniające się wystawy czasowe. Stosowny materiał do wystawy, tematycznie i naukowo, przygotowuje jej komisarz, którym na ogół jest wysokiej rangi muzealny pracownik naukowy. Sposób pokazania eksponatów w konkretnych wnętrzach opracowuje projektant. Z reguły jest to architekt - artysta plastyk. Aby być projektantem wystawiennikiem należy ukończyć pięcioletnie studia na Akademii Sztuk Pięknych lub na Wydziale Architektury. Muzealny kustosz, komisarz wystawy, to człowiek nie tylko po wyższych studiach, ale także ze specjalizacją podyplomową. I ci wytrawni fachowcy proponują swoje wersje prezentacji muzealnych kolekcji. Tymczasem, aby im się we łbach nie poprzewracało, brać urzędnicza wysmażyła dla nich „podręcznik” o tym jak to powinni robić.
Coś wspaniałego! To trochę tak, jakby opracować instrukcję dla chirurgów jaką igłą i nitką zszywać rany, jakie żarówki kupować do lamp w sali operacyjnej i na jaką kokardkę wiązać płócienne maseczki. Albo dla farmaceutów jaki powinien być kształt i kolor pastylek, aby zachęcał do ich nabycia.
Na dzisiaj wystarczy, ale chyba będę jeszcze ten temat kontynuował. Bowiem nieogarnione są ambicje urzędników, a uzasadnienie celowości własnego istnienia, to ogromna siła twórcza.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
