Jak to się stało, że jako absolwent Uniwersytetu Warszawskiego z dziedziny archeologii Polski zostałem wykładowcą Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie? Duża rolę odegrała w tym moja ciocia Okoniewska, która robiła niezrównane śledzie w oleju.

W ZAKLĘTYM KRĘGU

W milicyjnej kuźni kadr
Książeczka pracy Tadeusza Frącza z lat studenckich. Jak wspomina, zatrudnienie w spółdzielni przynosiło mu znaczące dochody

W terminie napisałem pracę magisterską, ale nie w terminie ją broniłem. Nie chciałem rezygnować z zarobków w „Plastusiu” i rozstawać się ze wspaniałą atmosferą studencką. Napisałem podanie do kierownictwa uniwersytetu, żeby przedłużyło mi studia o rok, pod pretekstem, że jeszcze nie ukończyłem pracy magisterskiej. Otrzymałem zgodę, a ponieważ pracę miałem napisaną w całości, to ten czas wykorzystywałem na zarobkowanie i frywolne zabawy. W końcu mijał rok i trzeba było pracę bronić. Chciałem się zatrzymać na stałe w Warszawie. Udałem się do Arsenału, gdzie mieściło się Muzeum Archeologiczne. Zaproponowano mi pracę za 1150 złotych. To oznaczało, że po pięciu latach studiów miałem zarabiać o 100 zł więcej aniżeli nauczyciel po Liceum Pedagogicznym. Koledzy doradzali mi, abym się udał do Akademii Wojskowej w Rembertowie, bo jest tam wolne stanowisko w Bibliotece Wojskowej. Tam zaproponowano mi pensję w wysokości 1200 złotych. Tymczasem wynajem mieszkania w Warszawie kosztował wówczas około 2500 złotych. Do tego trzeba dodać, że nie otrzymywało się meldunku w stolicy, bo nie dostawały go osoby z zewnątrz. A bez meldunku z kolei nie można było otrzymać pracy. Takie wtedy panowały idiotyzmy, taki istniał zaklęty krąg.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

CIOCIA WKRACZA DO AKCJI

Przyjechałem na ostatnią wyjazdówkę do domu przed obroną pracy magisterskiej. Starałem się zawsze tak jechać do rodziców w Rańsku, żeby zatrzymać się na noc w Szczytnie u wujostwa Okoniewskich. Kiedy wyjeżdżałem z Warszawy, to już mi się śniła szklana beczułka, która skrywała śledzie w oleju i z cebulą. Ciocia pracowała w garmażerce i potrafiła takie wspaniałości przygotować. Nie przyznawałem się do tego, że nocuję u nich ze względu na zawartość beczułki. Tym razem jednak ciocia już znała moją słabość i owo naczynie natychmiast wystawiła na stół. Kiedyśmy zjedli, zapytała, co zamierzam robić dalej po studiach. Opowiedziałem jej o moich poszukiwaniach pracy w Warszawie. Ona po namyśle podpowiedziała, abym starał się o pracę w szkole milicyjnej w Szczytnie. Żachnąłem się i odpowiedziałem, że po co im tam archeolog. Ciocia na to (a pracowała wówczas w sklepie „Konsumy” nieopodal szkoły), że przychodzi do niej żona pewnego pułkownika wysoko umocowanego w strukturze szkoły i jest z nią w ścisłej zażyłości. Zaproponowała, aby poszedł spać, a ona rano skontaktuje się z pułkownikową i około godziny 10.00 następnego dnia do mnie zadzwoni.

TRAFIŁEM NA DOBRY MOMENT

Tak też się stało. Przyszedłem do cioci do sklepu, a ona oświadczyła, abym wziął przepustkę na bramie i udał się do męża pułkownikowej. Dotarłem do jego gabinetu, postawił mi kawę, mile przyjął i zaczęła się rozmowa. Kiedy okazało się, że pochodzę z Rańska, wyraźnie się ożywił. Okazało się, że Rańsk był bliski jego sercu, bo tam ze swoim zastępcą często łowił ryby w miejscowym jeziorze. W pewnym momencie trzeba było jednak przejść do meritum. Spytał mnie, jaki kierunek studiów ukończyłem. Tu się trochę skrzywiłem i przyznałem, że archeologię Polski. On dalej pytał, na jakim ona jest wydziale. Odpowiedziałem, że na historycznym. Stwierdził wówczas, że będę się nadawał do wykładania przedmiotu najnowsza historia Polski. W duchu się ucieszyłem, bo to był, poza geografią, mój konik. Pułkownik kazał mi iść do kadr i zorientować się, jakie warunki zaoferuje mi szkoła. Starszy, szpakowaty podpułkownik poinformował, że dostanę na początek nie za wiele, bo 3900 zł pensji oraz pokój w bursie. Tam będą jakieś meble, otrzymam papier toaletowy, mydło i ręczniki. Po wcześniejszych propozycjach otrzymanych w Warszawie, ta była dla mnie wręcz rewelacyjna. Trzeba przyznać, że moja wizyta w szkole w Szczytnie zbiegła się z przemianowaniem Szkoły Oficerskiej MO w Wyższą Szkołę Oficerską MO i potrzeba było znacznie więcej kadry nauczającej. Z tego wniosek, że trafiłem tam w dobrym momencie.

Wróciłem do Warszawy, obroniłem pracę magisterską i w maju 1973 r. rozpocząłem pracę jako wykładowca w WSOMO w Szczytnie. Takie to były okoliczności dostania się do pracy w tej instytucji. Dotrwałem w niej do 2002 roku.

Cdn.

Tadeusz Frączek{/akeebasubs}