W Sędańsku już oficjalnie działa, jedyny w powiecie, ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt. Jego założyciele, Krystyna i Reinhold Jonikowie, aby zrealizować swój cel, musieli spełnić szereg formalności oraz włożyć ogrom pracy w przygotowanie niezbędnej infrastruktury. Teraz mają już tylko jedno marzenie – sprowadzić tu odebranego im blisko rok temu ich wychowanka, jelenia Filipa.
OD DZIECKA ZE ZWIERZĘTAMI
Krystyna i Reinhold Jonikowie prowadzą w Sędańsku kilkunastohektarowe gospodarstwo rolne. Od małego wychowywali się w otoczeniu zwierząt, zarówno tych gospodarskich, jak i dzikich, bo okoliczne tereny, dość słabo zaludnione, są bogate w leśną zwierzynę. Pan Reinhold jest rodowitym Mazurem, bardzo przywiązanym do swojej ojcowizny. Jego żona, której rodzina wywodzi się z Kurpi, od dziecka mieszka w Sędańsku. Oboje znają się w zasadzie od najmłodszych lat, bo ich rodziny żyły po sąsiedzku. Od 23 lat są małżeństwem, mają troje dzieci, z których dwoje jest już pełnoletnich. Poza ciężką pracą na gospodarce, łączy ich miłość do zwierząt. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
KOZIOŁEK, DZIK, BOCIANY I SARNA
Jonikom na sercu leży szczególnie los zwierząt poszkodowanych w wypadkach oraz wskutek różnych tragicznych zdarzeń. Zaczęło się dwanaście lat temu, kiedy pod opiekę pani Krystyny trafił malutki koziołek. - Przypuszczam, że ludzie zabrali go zbyt pochopnie, kiedy akurat matki nie było w pobliżu – mówi pan Reinhold. To częsty błąd popełniany przez człowieka w dobrej wierze, ale niefortunny dla zwierzęcia. - Miałam tego koziołka w domu przez trzy lata. Jadł razem z nami, a nawet spał – wspomina pani Krystyna. Po odchowaniu, zwierzak wrócił do lasu, ale z opiekunką wciąż łączą go silne więzi. Codziennie nosi mu ona jedzenie i sprawdza, czy pojawił się w miejscu karmienia. - Pół roku temu, kiedy tylko potrząsnęłam wiaderkiem z jego ulubionymi smakołykami, to przybiegł do mnie – mówi pani Krystyna. Na liście uratowanych przez nią zwierząt jest jeszcze dzik Popek, który okazał się lochą, dwa bociany wyrzucone z gniazda przez rodziców oraz sarna. Tę ostatnią pani Krystyna znalazła podczas dojenia krów na pastwisku. Chodząc tam, przez kilka dni słyszała, jak małe sarenki nawołują matkę. Początkowo nie podchodziła, podejrzewając, że łania tylko na jakiś czas oddaliła się od młodych. Kiedy jednak odgłosy nie ustawały, postanowiła sprawdzić, co się stało. Wtedy odkryła, że na świat przyszły trzy sarenki, z których przeżyły dwie, a ich matka nie przeżyła porodu. - Nie namyślając się, wsadziłam maluchy do kieszeni i przyniosłam do domu – opowiada gospodyni. Z tej dwójki przeżyła jedna sarna, która po odchowaniu dołączyła do starszego o kilka lat koziołka.
TROSKĘ MA W GENACH
Pasję żony podziela pan Reinhold. Trudno się temu dziwić, bo troskę o zwierzęta ma w genach. Jego nieżyjący już ojciec Bruno był myśliwym. W kronice Koła Łowieckiego „Sokół”, do którego należał, napisano, że miał specyficzne podejście do myśliwskiego fachu, bo strzelał do zwierzyny bardzo rzadko, a częściej ją dokarmiał i jej doglądał. Pewnego razu podczas polowania jego wyżeł złapał malutkiego warchlaka i przyniósł w pysku swojemu panu. Ten odebrał mu zdobycz. - Pies tak mocno chwycił małego dzika, że aż złamał mu żebro – wspomina pan Reinhold. Jego ojciec zajął się maluchem, który wyrósł na dorodną lochę o imieniu Ida. - Początkowo próbował trzymać ją za specjalnym ogrodzeniem z żerdzi, ale ona potrafiła się po nim wspinać niczym kot i uciekała – opowiada ze śmiechem gospodarz. Ida żyła częściowo w lesie, ale zawsze, kiedy urodziła młode, przyprowadzała je na posesję Joników.
UKOCHANY WYCHOWANEK
Spośród wszystkich uratowanych zwierząt, szczególne miejsce w sercu pani Krystyny zajmuje jeleń Filip. Trafił do niej po tym, jak potrącił go samochód. - Miał wtedy może tydzień. Był mocno wycieńczony, prawie w stanie agonalnym – mówi kobieta. Od razu podała mu lekarstwa przeznaczone dla cielaków, robiła zastrzyki. Dzięki jej determinacji i zaangażowaniu, Filipa udało się uratować. Zwierzak był u Joników dziesięć miesięcy i przez ten czas gospodarze bardzo się z nim zżyli. Ponieważ jego pobyt nie został zalegalizowany, wiosną ubiegłego roku, zabrano go do jednego z oddalonych o ponad 500 kilometrów parków narodowych. Kiedy po trzech miesiącach pani Krystyna go tam odwiedziła, okazało się, że jest w nie najlepszym stanie. - Pojechaliśmy z nadzieją, że ma tam lepiej niż u nas, ale wyglądał strasznie. Wszystkie gnaty było mu widać – relacjonuje pan Reinhold.
JEDYNY OŚRODEK W POWIECIE
Historia jelenia Filipa stała się dla Joników impulsem do starania o utworzenie w ich gospodarstwie ośrodka rehabilitacji zwierząt. Po spełnieniu wielu formalności, w tym uzyskaniu zgody od mieszkańców Sędańska, oraz stworzeniu niezbędnej infrastruktury, cel udało się osiągnąć. Pod koniec grudnia małżonkowie otrzymali od Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska decyzję zezwalającą na utworzenie ośrodka. Będą w nim leczone i rehabilitowane trzy gatunki: sarna, jeleń szlachetny i łoś. To pierwszy taki ośrodek w powiecie szczycieńskim. Do tej pory z umieszczaniem rannych zwierząt w tego typu placówkach był problem, bo najbliższe znajdują się w odległych od powiatu miejscowościach. Tymczasem liczba wypadków drogowych z udziałem leśnej zwierzyny rośnie. Dzięki ośrodkowi jest szansa, że po wyleczeniu zwierzęta wrócą do naturalnego środowiska. Te, które nie będą do tego zdolne, pozostaną w nim do końca życia.
NADLEŚNICZY: NIECH ZOSTANIE TAM, GDZIE JEST
Teraz państwo Krystyna i Reinhold mają już tylko jedno marzenie – sprowadzić do Sędańska z powrotem swojego wychowanka Filipa. Formalnie został on im odebrany przez Nadleśnictwo Korpele. - Nadleśniczy zapewniał nas, że jak już dostaniemy zgodę na prowadzenie ośrodka, to wesprze nas w staraniach o odzyskanie jelenia – mówi pani Krystyna. Kiedy jednak kilka dni temu go odwiedziła, zaczął się wycofywać z wcześniejszych deklaracji. W rozmowie z nami nadleśniczy Waldemar Żebrowski przyznaje, że sprawa jest skomplikowana pod względem prawnym. - Prawo łowieckie stanowi, że zwierzy na w stanie wolnym jest własnością Skarbu Państwa. Dlatego jeleń trafił do parku narodowego. Doradziłem pani Krystynie, aby zwróciła się w tej sprawie bezpośrednio do jego dyrektora – mówi nadleśniczy. Podkreśla, że samo znalezienie zwierzęciu miejsca było bardzo trudne, bo w okolicy nikt nie chciał go przyjąć, poza działającym w powiecie prywatnym biznesmenem, który hoduje daniele i jelenie na mięso. Do tego jeszcze dużym wyzwaniem logistycznym był transport Filipa. - Samo przygotowanie go do podróży trwało bardzo długo. Cała operacja kosztowała kilka tysięcy złotych – wspomina Waldemar Żebrowski. Jego zdaniem lepiej dla zwierzęcia byłoby pozostawić je tam, gdzie jest. Kolejna tak długa podroż naraziłaby je na niepotrzebny stres. Nadleśniczy zauważa również, że jeleń może być bardzo niebezpieczny, nawet dla swojej opiekunki. Sam u progu kariery zawodowej spotkał się z przypadkiem, kiedy w okresie rykowiska rozjuszony byk, zabił żonę leśniczego, swoją opiekunkę. która wychowywała go od małego. - Dzięki Bogu, że do podobnej tragedii nie doszło w Sędańsku – mówi Waldemar Żebrowski.
STAROSTWO: MY NIE MAMY KOMPETENCJI
Pani Krystyna wystąpiła również do Starostwa Powiatowego z wnioskiem o zezwolenie na transport i utrzymywanie zwierząt, które po wyleczeniu nie będą już mogły wrócić na wolność. Naczelnik Wydziału Rolnictwa, Leśnictwa i Ochrony Środowiska Hanna Frąckiewicz tłumaczy jednak, że starosta nie jest organem mającym kompetencje w tej sprawie. Może on bowiem wyrazić zgodę na przetrzymywanie zwierzyny jedynie przez sześć miesięcy, i to osobie fizycznej, która weszła w jej posiadanie wskutek osierocenia, wypadku lub innego uszkodzenia ciała zwierzęcia. Jak podkreśla naczelnik, zapis taki nie dotyczy podmiotów prowadzących, tak jak Jonikowie, ośrodki rehabilitacji. Im zgodę na przetrzymywanie zwierząt niezdolnych do życia na wolności, wydaje nie starostwo, ale minister właściwy do spraw środowiska.
NIE ZŁOŻĄ BRONI
Państwo Krystyna i Reinhold zapowiadają, że nie złożą broni i będą walczyć o odzyskanie swojego wychowanka. Deklarują, że pokryją wszelkie koszty związane z jego transportem oraz opieką weterynaryjną. Na Filipa, ale też inne zwierzęta, które trafią do ośrodka, czeka już pokaźnych rozmiarów wybieg z solidnym ogrodzeniem budowanym przez małżonków przez cztery miesiące.
Inicjatywę Joników popiera współpracujący z nimi lekarz weterynarii Jarosław Tołoczko. Jego zdaniem utworzenie ośrodka to bardzo dobry pomysł. - Teraz będzie już gdzie podrzucić ranne w wypadkach zwierzęta – cieszy się lekarz. Trzyma również kciuki za to, aby małżonkom udało się odzyskać ich pupila. Sam był świadkiem tego, jak zabierano go z Sędańska. - Widziałem, jak mocno pani Krystyna to przeżywała – wspomina. Jego zdaniem ewentualnej agresji zwierzęcia można w prosty sposób zapobiec. - Wystarczy go wykastrować i wtedy będzie spokojny. Takie zabiegi wykonuje się choćby w ogrodach zoologicznych – mówi lekarz. - Nie znam ludzi, którzy z taką determinacją walczyliby o dzikie zwierzę – dodaje.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
