Choć swoje wspominkowe felietony piszę z perspektywy ponad sześćdziesięcioletniego dziada, to i tak jest to perspektywa „smarkula”, który urodził się zbyt późno, aby spotkać legendarne postacie artystycznej, powojennej bohemy. Kiedy w latach pięćdziesiątych do „Kameralnej” wpadali na lornetę z meduzą (dwie pięćdziesiątki czystej plus galaretka z nóżek) lub okulary (dwie pięćdziesiątki pod śledzika) Hłasko, Polański, czy Tyrmand, to ja biegałem z tornistrem do podstawówki. A mieszkałem na ulicy Nowy Świat, nie dalej jak dwieście metrów od słynnej „Kamery”.
Kiedy już byłem początkującym licealistą, warszawska bohema spotykała się w klubie aktora SPATIF w Alejach Ujazdowskich. Wstęp tylko z kartą stałego klubowicza. Nie miałem żadnych szans, aby spotkać przy stoliku Kazimierza Kutza, Jerzego Hoffmana, czy też brylującego na salonach aktora Adama „Dudusia” Pawlikowskiego – niezapomnianego partnera Zbigniewa Cybulskiego (jako porucznik Andrzej) w filmie „Popiół i Diament”. Pamiętamy go zwłaszcza ze słynnej barowej sceny zapalania kieliszków.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W tym okresie, w upalne lato podczas dnia, cała owa spatifowska warszawka wylegiwała się na odkrytych basenach klubu Legia (jedyny w miarę przyzwoity warszawski basen tamtych lat, na ogół, poza terminami treningów i meczów klubowych, dostępny dla wszystkich). Tam to już mogliśmy przychodzić i my licealiści; jeśli tylko mieliśmy pieniądze na bilet wstępu. I przychodziliśmy! Głównie po to, aby zobaczyć z bliska słynnego boksera Walaska, artystę Franciszka Starowieyskiego - przezywanego Bykiem z racji kulturystycznej budowy ciała, czy też piękne gwiazdy filmowe tamtych lat jak Ewa Krzyżewska (barmanka z filmu „Popiół i Diament”), czy Teresa Tuszyńska („Nóż w wodzie”).
Działał już, w swojej pierwszej siedzibie, klub studencki „Stodoła”. Kolebka warszawskiego jazzu. Ale był to klub jeszcze wtedy dla mnie niedostępny. Nie poznałem zatem Krzysztofa Komedy, czy też „Melomanów” spod znaku Jerzego – także „Dudusia” – Matuszkiewicza.
Jakieś dziesięć lat później (druga połowa lat sześćdziesiątych) - będąc już studentem – związałem się z klubem „Stodoła” (co pozostało mi do dzisiaj) i pomalutku dostępowałem zaszczytu bycia członkiem innych, elitarnych, warszawskich klubów - popularnie zwanych „ściekami”. A to dlatego, że na ogół członkowie napływali do klubowych lokali dopiero wieczorem, po godzinie dziesiątej, kiedy to inne popularne, warszawskie rozrywkowe miejsca już zamykano. Tymczasem rodzimy klub miał obowiązek funkcjonowania do wczesnych godzin porannych.
Wtedy to mogłem wreszcie posiedzieć przy stoliku w SPATIFie ze Zdzichem Maklakiewiczem, czy wspaniałym aktorem, a przy tym codziennym bywalcem klubu, Bronisławem Pawlikiem. Nieco trudnym towarzysko bywał Janek Himilsbach z racji swojej niesłychanej błyskotliwości poalkoholowej, której nie każdemu udawało się sprostać. Przykłady owej błyskotliwości już niegdyś cytowałem; nie będę zatem się powtarzał
Także klub filmowców przy ulicy Trębackiej stał się wreszcie dla mnie dostępny, co zaowocowało – przede wszystkim – sympatycznymi kontaktami z Jonaszem Koftą, ale też odnowieniem znajomości ze starszym już (jak dla mnie) panem Zbigniewem Lengrenem.
Na początku felietonu wyraziłem żal, że nie dane mi było poznać, z racji młodego wieku, wielkich postaci powojennej towarzysko-artystycznej śmietanki. No, ale nie do końca. Niektórych poznałem po prostu trochę później.
Po studiach moim stałym klubem został SARP, czyli restauracja i kawiarnia architektów przy ulicy Foksal. Aby tam wejść trzeba było być członkiem Stowarzyszenia Architektów Polskich lub otrzymać specjalną kartę-wejściówkę. Każdego wieczora huczała dyskoteka. Bywałem tam właściwie co dzień, toteż czułem się całkowicie u siebie. SARP szybko stał się jednym z trzech najważniejszych w Warszawie „ścieków”. Toteż sporo fajnych postaci – także tych dawnych spatifowych - napływało do klubu około północy, a czasem nawet i wcześniej. Pośród nich doskonale pamiętam taką stałą „trójcę”. Był to Władek Komar – słynny olimpijczyk, ale wówczas także aktor kabaretowy - w towarzystwie pisarza Janusza Głowackiego i aktora Krzysia Świętochowskiego. Potężny Władek Komar jakoś szczególnie mnie nie lubił. Dzisiaj sądzę, że denerwowało go – gwiazdora - że taki nikomu nie znany szczeniak zachowuje się jakby klub należał do niego. Zatem w miarę spożycia łypał na mnie coraz groźniejszym okiem. Aż wreszcie podchodził do naszego stolika jego przyjaciel - znany literat Janusz Głowacki - usiłując namówić mnie, abym może zmienił lokal, bo on nie może ręczyć za Władka. Jakoś nigdy lokalu nie opuściłem, a i Władek w końcu odpuścił. Tak było. Dzisiaj już ani on, ani Krzysiek Świętochowski nie żyją. Został Janusz. Trochę starszy ode mnie. Głównie mieszka w Ameryce. Ale trzy lata temu spotkaliśmy się przypadkiem w kultowej, warszawskiej knajpie „Samson”. Mimo upływu lat poznał mnie.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
