Lato. Pogoda piękna i dzięki Bogu, bo w naszym domu remontujemy część pomieszczeń.

A to oznacza, że gdyby nie owa przyjazna aura, to człowiek we własnym mieszkaniu, czyli pod dachem, nie znalazłby dla siebie spokojnego miejsca. Na szczęście jest ogród, w którym można przeczekać godziny walenia młotem, jazgotu wiertarki oraz różnych innych hałaśliwych dźwięków, charakterystycznych dla nowej aranżacji wnętrza. Ale cały ten bałagan, poza tą zaletą, że wkrótce będziemy mieli w domu bardzo prześlicznie, ma także inne dobre strony. Otóż podczas remontu odnajdujemy, w odkrytych zakamarkach, mnóstwo zapomnianych przedmiotów. Niekoniecznie zabytkowych, ale zawszeć wzruszających i przywracających pamięć. A pośród tych przedmiotów, przede wszystkim, książki.

W pokoju głównym, nazywanym popularnie, choć nie po polsku - living room, należało opróżnić i wynieść na zewnątrz biblioteczny, duży regał. Mieści on ponad 500 sztuk książkowych egzemplarzy. Grzebałem się z rozkoszą w owych tomach, gromadzonych od kilkudziesięciu lat, a towarzyszyła mi i pomagała teściowa, bo tylko ona pamięta jeszcze do dziś, co tam można, ewentualnie, znaleźć. Zatem, w dzisiejszym felietonie, napiszę co ciekawego, a zwłaszcza zabawnego, wyszukaliśmy.

Na początek rozrzewnił mnie egzemplarz przygód dzielnego wojaka Szwejka. Tę fantastycznie zabawną, a zarazem bardzo mądrą powieść, czytałem po raz pierwszy jako uczeń. Później, przez wiele lat, przeczytałem ją jeszcze wielokrotnie. Sporo fragmentów wręcz nauczyłem się na pamięć. I oto mam dzisiaj przed sobą egzemplarz mojej ukochanej powieści W wydaniu książkowym z roku 1949. Dokładnie taki sam egzemplarz zapamiętałem z moich lat młodości. Na okładce znajduje się postać dzielnego wojaka Szwejka, znakomicie narysowana przez Ignacego Witza.

„Spotkanie” ze Szwejkiem, to dla mnie wydarzenie sentymentalne.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Natomiast mama mojej żony znalazła niewielką książeczkę pod tytułem „GAFY – komizm mimowolny”. Rok wydania 1986. Autorem jest Stefan Garczyński. Tu nie należy pomylić się. W latach 1805-1833 tworzył polski poeta o dokładnie takim samym imieniu i nazwisku. Przyjaciel Adama Mickiewicza. Ale to nie on. „Nasz” Garczyński, to współczesny pisarz eseista, dziennikarz. Żył w latach 1920-1993. Jego książka „GAFY – komizm mimowolny” wyszła w roku 1986. Jest to wspaniały opis najsławniejszych gaf towarzyskich. Zarówno tych osobistych, jak również dotyczących słowa pisanego. Ku rozbawieniu czytelników przedstawię kilka przykładów z jego książki. Autor przytacza, między innymi, wypowiedź znanego polityka, który miał zagraniczną żonę. Tak oto, z zachwytem opowiadał on o niej: „czy ty wiesz, że moja żona wciąż nie może opanować różnicy między „pani się myli”, a pani jest pomylona”. A także wspomniał ów polityk, jak niegdyś jego zagraniczna żona zagroziła, w dyskusji o ważnej, państwowej sprawie, że odwoła się do przewodniczącego „Rady porodowej”. Szczególnie zabawne wydają mi się gafy popełnione na piśmie. Na przykład przedwojenny, ultrakonserwatywny „Kurier Warszawski” uroczyście obiecał swoim czytelnikom, iż mocno będzie stać pod znakiem „Osła białego”. Jeszcze paskudniej wypadł reportaż z pielgrzymki do Papieża. W czasach carskiej Galicji. Zecer pomylił tylko jedną literkę i wyszło tak: „Gdy pociąg wiozący Najjaśniejszego Pana wjechał na stację, na peronie srali w przepisowych pozycjach dowódca garnizonu, naczelnik stacji, jego żona i radni miejscy. To była wyjątkowo paskudna wpadka.

Mam nadzieję, że choć trochę zabawiły czytelników przykłady gaf przeróżnych. Zamierzałem także napisać o czymś raczej smutnym. O odnalezionej książeczce Oskara Wilde z roku 1927 „Ballada o więzieniu w Reading”. Ale brak już miejsca, zatem ów temat wykorzystam nieco później.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}