Była ofiarą przemocy domowej, narkomanką i alkoholiczką. Popadała w konflikty z prawem, odebrano jej dzieci. Znalazła się na dnie. W końcu trafiła do więzienia, gdzie przeszła duchową przemianę. Dziś, będąc już na wolności, chce zacząć swoje życie od nowa i pomagać ludziom, którzy tak jak ona znaleźli się w trudnej sytuacji.

Więzienie uratowało mi życie
- Marissa Mróz: - Myślę, że mam w życiu jeszcze jakąś misję do spełnienia

TOKSYCZNY ZWIĄZEK

„Nazywam się Ilona, ale proszę napisać, że mam na imię Marissa. Byłam w życiu niejednym – narkomanką i alkoholiczką. Byłam w policyjnym areszcie, a obecnie jestem w więzieniu. (…) Nie wstydzę się tego, bo to miejsce uratowało mi życie. Przyniosłam mojej rodzinie ból, strapienie i wstyd. Zawiodłam się w małżeństwie, ale jestem kimś więcej, o wiele więcej niż sumą tego wszystkiego” - tak zaczyna się list – wyznanie, które Ilona Mróz napisała będąc w więzieniu. Zanim tam trafiła, przeszła przez piekło przemocy i uzależnienia. Początkowo nic tego nie zapowiadało. - Wychowywałam się w normalnej rodzinie. Miałam dom, pracę, samochód. Zaczęłam studia, dostałam się nawet do Narodowych Sił Rezerwy – zaczyna opowieść Marissa, prosząc, aby w artykule używać jej nowego imienia.

Być może jej losy potoczyłyby się inaczej, gdyby, jako nastolatka, nie spotkała na swojej drodze przyszłego męża. To on, jak twierdzi, wciągnął ją w narkotyki. Po raz pierwszy spróbowała ich, mając zaledwie 14 lat.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} - To była amfetamina. Wzięłam ją, myśląc, że pomoże mi schudnąć. Potem brałam też dostępne legalnie tabletki na odchudzanie zawierające podobne do amfetaminy substancje – wspomina.

Wyszła za mąż w wieku 18 lat. - Na ślub naciskała mama, bojąc się, co powie rodzina na to, że żyję z chłopakiem „na kocią łapę” - kontynuuje nasza rozmówczyni. Po roku na świat przyszedł starszy syn, kilka lat później młodszy. W małżeństwie od początku jednak się nie układało. Codziennością stała się przemoc. - Mąż mnie związywał, bił, wyrywał włosy, wywoził do lasu, zabierał telefon – wspomina Marissa. Dlaczego się na to godziła? - Nie mam pojęcia. Nie miałam do siebie szacunku, a on zawsze potrafił mnie udobruchać, obiecywał, że się poprawi – odpowiada. Po dziesięciu latach gehenny rozwiodła się z mężem, by … szybko do niego wrócić.

W PIEKLE UZALEŻNIENIA

Toksyczny związek trwał do momentu, kiedy w 2017 r. małżonek Marissy trafił do więzienia. Ona sama była już wtedy wrakiem człowieka – zmagała się z uzależnieniem od narkotyków i alkoholu, zachorowała na depresję, którą leczyła używkami. Do tego doszły problemy finansowe. Wraz z mężem miała do spłacenia kredyt zaciągnięty na remont domu. Jego dół wynajmowała lokatorom, sama mieszkała na górze. - Byłam bardzo łatwowierna, bo ci ludzie mi nie płacili, albo robili to nieterminowo – mówi. Będąc pod wpływem alkoholu, wszczynała awantury z lokatorami. Problemy finansowe sprawiały, że piła coraz więcej. W końcu wyprowadziła się z domu, pomieszkując u znajomego lub na działce w przyczepie kempingowej. Wreszcie doszło do tego, że odebrano jej synów. Chłopcy trafili do Domu dla Dzieci w Pasymiu. Starszy, który ma dziś 19 lat, uciekł stamtąd, zostawiając w placówce młodszego brata. Zanim to nastąpiło Marissa podjęła pracę pod Koninem w firmie produkującej pellet. - W tym czasie przyjeżdżałam regularnie do Pasymia, żeby odwiedzić synów. Jeździłam autostopem, nie mając często przy sobie nawet złotówki. Wtedy nauczyłam się biedy – wyznaje.

PIERWSZE OSTRZEŻENIE

W sierpniu 2017 r., będąc pod wpływem alkoholu i narkotyków, spowodowała poważny wypadek. Mając w organizmie 1,5 promila, usiadła za kierownicę, zabierając ze sobą dwoje pasażerów. W pewnym momencie straciła panowanie nad pojazdem, wypadła z zakrętu i uderzyła w kilka przydrożnych drzew. - Pamiętam każdą sekundę tego wypadku, choć byłem pijana. Mnie i pasażerce nic się nie stało, ale chłopak, który z nami jechał, nie miał zapiętych pasów. Rozbite szkło pokiereszowało mu całą twarz – opowiada. Za spowodowanie wypadku w stanie nietrzeźwości skazano ją na ponad osiem miesięcy prac społecznych, dostała też 5 tys. zł grzywny. - To było pierwsze ostrzeżenie, które dostałam od Boga – mówi. Mimo to nie potraktowała go poważnie. Nadal obracała się w nieciekawym towarzystwie. Związała się z nowym mężczyzną, który okazał się nie lepszy od jej byłego męża – również nie stronił od narkotyków, a do tego zaczął stosować wobec niej przemoc.

Więzienie uratowało mi życie
Karę odbywała w tzw. „zamku”, co w więziennym żargonie oznacza całkowite zamknięcie w celi z kilkoma współosadzonymi skazanymi za najcięższe przestępstwa. Fot. https://www.sw.gov.pl/galeria/zaklad-karny-nr-2-w-grudziadzu

ZA KRATKAMI

Niedługo po tych wydarzeniach wpadła w kolejne tarapaty. Po sylwestrowej imprezie po pijanemu wszczęła awanturę z lokatorami wynajmującymi część domu. Ci wezwali policję. Wtedy Marissa zaatakowała interweniującego wobec niej funkcjonariusza. Twierdzi, że zdenerwowała się, gdy bardzo mocno zacisnął jej kajdanki. - Kopnęłam go, a on założył mi sprawę – opowiada.

Za atak na policjanta została skazana i w styczniu 2019 r. trafiła do więzienia o zaostrzonym rygorze w Grudziądzu. Jak się okazało, był to przełomowy moment w jej życiu. - Może trudno to zrozumieć, ale ucieszyłam się, gdy się tam znalazłam. Miałam już dość. Dość ludzi. Potrzebowałam odpoczynku psychicznego – wyznaje. - Więzienie tak mnie zahartowało, że dziękuję każdego dnia Bogu, że tam trafiłam – mówi. Karę odbywała w tzw. „zamku”, co w więziennym żargonie oznacza całkowite zamknięcie w celi z kilkoma współosadzonymi skazanymi za najcięższe przestępstwa. - Siedziałam z dzieciobójczyniami i morderczyniami – opowiada. Z Grudziądza trafiła na czteromiesięczną terapię w Krzywańcu. W czasie jej trwania, przeszła duchową przemianę i nawrócenie. Zdecydowała, że chce całkowicie odmienić swoje życie. Bardzo pomogła jej terapeutka Agnieszka. Marissa zaczęła się dużo modlić i czytać książki o tematyce religijnej. Zdradza, że od dziecka była bardzo wierząca, a jako nastolatka odbyła rowerową pielgrzymkę do Rzymu. - Zawsze były we mnie dwie siły, dobro i zło. Niestety, zbyt często zło brało górę … – mówi.

DUCHOWA PRZEMIANA

Będąc w odosobnieniu, gromadziła modlitwy w przeróżnych intencjach. Spisywała je z książek odręcznie, wypełniając nimi cały zeszyt. - Modliłam się za moje koleżanki w celi, a one z czasem do mnie dołączyły. Myślę, że wielu z nich pomogłam – opowiada. Ponieważ jej przemiana duchowa zbiegła się w czasie z początkiem pandemii, wychowawcy i terapeuci podchodzili do niej sceptycznie, podejrzewając, że może to być efekt jakichś zaburzeń psychicznych. - Nie dziwię się, że myśleli, że jest ze mną coś nie tak. Ja się tym nie przejmowałam – mówi. Wiele czasu spędziła też na rozmowach z więziennym kapelanem. Pobyt w izolacji sprawił, że uwolniła się od używek, rzuciła nawet palenie. Zaczęła także pracować w więziennej kuchni. Zimą wstawała wczesnym rankiem, aby odśnieżyć zakład karny. - Dziewczyny pytały, skąd czepię do tego siłę – wspomina.

Na początku sierpnia tego roku wyszła na wolność. Od razu pojechała do Częstochowy, aby pomodlić się do Matki Boskiej Częstochowskiej. Teraz zamierza zacząć swoje życie od nowa. Wróciła do panieńskiego nazwiska, chce też zmienić imię, aby odciąć się na dobre od przeszłości. Na razie mieszka u mamy, planuje podjąć pracę. Zapowiada, że wróci na studia. Zamierza studiować terapię uzależnień, aby w przyszłości pomagać ludziom, którzy tak jak ona znaleźli się na dnie. - Myślę, że mam w życiu jakąś misję do spełnienia – zwierza się. Wierzy, że w realizacji tych planów pomoże jej modlitwa i wiara w Boga. Bardzo chce także odzyskać młodszego syna, który na razie przebywa w ośrodku socjoterapeutycznym. Dziś ma pewność, że wszystko to, co ją spotkało, miało głębszy sens. - Poprzez nieszczęście Bóg zabrał mnie ze złej drogi – przekonuje, przywołując dalszy ciąg wyznania napisanego w więzieniu: „Chcę być wolna od bolesnych wspomnień, bo one spełniły już swoją rolę, przeczołgały mnie po mrocznej stronie życia, dały mi siłę do walki i upokorzyły po to, żebym mogła później poznać smak zwycięstwa ...”

Dlaczego zdecydowała się na opowiedzenie o swoim życiu? - Ludzie bardzo niesprawiedliwe mnie oceniają, nie mając pojęcia, przez co przeszłam. Chcę, żeby dzięki tym wyznaniom poznali prawdę – odpowiada.

Ewa Kułakowska

PS. Bohaterka naszego artykułu, przebywając w więzieniu, została okradziona. Z garażu znajomego, na ul. Kajki (niedaleko sklepu spożywczego) na początku maja ubiegłego roku zniknęły należące do niej meble, w tym charakterystyczna, rzeźbiona komoda – antyk, stanowiąca pamiątkę po nieżyjącym już ojcu. Prosi o kontakt osoby, które mogły widzieć, jak wywożono te rzeczy z posesji.{/akeebasubs}