W świecie Kręciołów.

Sanktuarium Maryjne w Świętej Lipce stało się celem naszej rowerowej pielgrzymki. Szesnastego sierpnia przemieniliśmy się w pątników, by w świątyni nazywanej "Perłą Baroku" odmówić dziękczynną modlitwę przed cudownym obrazem Matki Boskiej Jedności Chrześcijan. Aby dotrzeć do tego popularnego miejsca kultu maryjnego i wrócić do Szczytna musieliśmy przemierzyć trasę liczącą 133 km.

Wniebowzięci w Świętej Lipce

Wspaniały kościół w Świętej Lipce przez cały rok odwiedza tysiące zmotoryzowanych pielgrzymów. Przybywają tam jako uczestnicy zorganizowanych wycieczek. Uczestniczą we mszy, podziwiają niezwykłą grę na organach, zwiedzają świętą budowlę i jej otoczenie. Jednak piętnastego sierpnia najazd na miejscowość, w której odbywają się uroczystości związane z cudownym wniebowzięciem Matki Chrystusa, jest szczególny. Tego dnia obchodzony jest też odpust Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Pamiętając o tym wszystkim do Sanktuarium świadomie wybraliśmy się następnego dnia, czyli w sobotę.

Na dziękczynną w osobistych intencjach pielgrzymkę do Świętej Lipki wybrało się dziewięcioro cyklistów, w tym dwie panie. Dla wielu z nas wyprawa była czymś w rodzaju realizacji marzeń oraz sprawdzianem sił i możliwości. Całkowicie powierzając nasze bezpieczeństwo Maryi niczym uskrzydlone anioły pędziliśmy przez: Romany, Orżyny, Rańsk, Kałęczyn, Popową Wolę, Kobułty, Borki Wielkie, Choszczewo, Zyndaki, Warpuny, Burszczewo, Łężany, Leginy, Kocibórz do Świętej Lipki. Gratulowaliśmy sobie doskonałego wyboru terminu, bowiem na drogach panował niewielki ruch, a i ilość pielgrzymów w docelowej miejscowości znikoma. Zanim udaliśmy się do świątyni, przysiedliśmy na ławeczkach, aby skonsumować zabrane śniadanka. Gdy kończyliśmy posiłek z kościoła wysypał się dość liczebny tłum wiernych. Szybko zrozumieliśmy dlaczego było ich tak mało na zewnątrz.

Wreszcie i my dostąpiliśmy zaszczytu i przez barokową bramę wejściową z motywem skręconych liści akantu weszliśmy na dziedziniec otoczony krużgankiem, a stamtąd wprost do kościoła. Przed 19-metrowej długości ołtarzem ugięliśmy kolana i nisko pochylając głowy odmówiliśmy modlitwę w osobistych intencjach. Potem uczestniczyliśmy w celebrowanej mszy.

Gdy przebywaliśmy w świątyni na dworze szalała ulewa, a piorun uszkodził słup energetyczny. Kościół utonął w półmroku. Kapłan przez specjalny głośnik ogłosił, iż prezentacja organów odbędzie się w chwili ponownego dopływu prądu. Czekając na to wspólnie ze wszystkimi wypełniającymi aż po brzegi cały kościół wysłuchaliśmy niezwykłej historii dotyczącej powstania świątyni.

Otóż w średniowieczu pewien skazaniec w kętrzyńskim zamku czekał na wykonanie kary śmierci. Na dzień przed egzekucją upadł na kolana i żarliwie modlił się o łaskę. Wówczas Matka Boska objawiła się jemu i poleciła, aby wystrugał w drewnie figurkę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Więzień, choć nie był rzeźbiarzem, przez całą noc pracowicie rzeźbił w drewnie. Rankiem odkryto przy skazańcu przepiękną figurkę i odczytawszy to jako znak od Boga - ułaskawiono. Szczęśliwy więzień zabrał swoją rzeźbę i z Kętrzyna ruszył do Reszla - miejsca zamieszkania. Szedł bardzo szybko jak najdalej od miejsca egzekucji. Gdy wreszcie poczuł się bezpieczny, na drzewie, a była to lipa, postawił figurkę i upadł na kolana w dziękczynnej modlitwie za tak cudowne uratowanie życia. Kiedy dotarł do domu wszyscy jego powrót odczytali jako cudowny znak od Boga, a poznawszy historię wspaniałego ocalenia ze swoimi prośbami i modlitwami zaczęli spieszyć do figurki pod lipę. Tak powstał kościół i znana na cały świat miejscowość.

Niestety, nie doczekaliśmy się prezentacji organów - naprawa awarii elektrycznej przeciągnęła się w czasie. Ale za to byliśmy świadkami cudu. Oto deszcz przestał padać, a słońce wolno wdzierało się przez okna do wnętrza i nagle cały kościół rozświetliły mieniące się złotem promienie. Wstęga radosnych niteczek tańczyła na chórze po wszystkich zamontowanych tam figurkach i zdało się, że grają organy, a to grały nasze wniebowzięte szczęściem i spełnieniem serca.

Jestem szczęśliwa, że zrealizowałam marzenie, że zwyciężyłam samą siebie, bo te 133 przejechane kilometry to nie tylko mój odległościowy rekord, to spełnienie-wniebowzięcie i za to, Boże, Ci dziękuję, bo choć nie widzę Cię, to czuję...

Grażyna Saj-Klocek

2003.08.27