W okresie międzywojennym mój ojciec i jego starszy o kilka lat brat Józef odbyli zasadniczą służbę wojskową. Ojciec był adiutantem jednego z wyższych oficerów Wyższej Szkoły Wojennej w Rembertowie. Stryj Józef odbywał służbę w Ostrowi Mazowieckiej, skąd pochodziła żona słynnego rotmistrza Pileckiego. Obaj zostali zmobilizowani i bronili w ramach Armii „Modlin” Różana.
WALKI POD RÓŻANEM
Ojciec opowiadał, że nic się w twierdzy nie działo. W pewnym momencie padł pojedynczy strzał, który ugodził śmiertelnie żołnierza pełniącego wartę. Od tego momentu zaczęła się wojna w Różanie. Polscy żołnierze w czasie dnia zniszczyli wiele niemieckich czołgów, mając z tego niemałą satysfakcję. Kiedy nastała noc, otrzymali rozkaz opuszczenia swoich stanowisk i wymarszu w kierunku Brześcia. Decyzja ta wywołała zdumienie wśród zwykłych żołnierzy, którzy nie mieli szerszego rozeznania sytuacji. Tymczasem Różanowi groziło okrążenie, gdyż Niemcy dysponowali sprzętem zmechanizowanym. Obaj żołnierze Frączkowie posuwali się w tym samym kierunku, chociaż w różnych oddziałach. Poszczególnym jednostkom towarzyszył w trakcie przemarszu chaos. Wyżsi rangą oficerowie starali się łączyć małe grupy w większe oddziały, ale to nie było łatwe. W pewnym momencie grupa ojca dostała się pod ostrzał cekaemu od strony wschodniej. Został ranny w łokieć i przedramię. Okazało się, że Niemcy wyprzedzili nasze oddziały i zaatakowali je od wschodu. Ojciec dotarł do szpitala wojskowego w Brześciu. Któregoś dnia nadleciały samoloty niemieckie, bombardując również szpital. Personel biegał i zachęcał rannych, którzy byli w stanie poruszać się o własnych siłach, by zbiegli do piwnic. Wśród lżej rannych był również ojciec. Wskutek bombardowania załamało się kilka kondygnacji, miażdżąc ciężko rannych żołnierzy. Następnie padł rozkaz, że ci, którzy byli w stanie iść, dalej mieli się kierować w stronę przedmościa rumuńskiego.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W SOWIECKIEJ NIEWOLI
17 września na Polskę napadli sowieci, biorąc do niewoli wielu żołnierzy, w tym obu Frączków – Jana i Józefa. Józef miał więcej szczęścia, ponieważ starał się iść na końcu kolumny i markować próbę załatwienia się. Kiedy prowadzący kolumnę Rosjanie zagapili się, czmychnął w zarośla i tyle go widzieli. Ojca w tym przypadku szczęście opuściło. Sowieci podstawili bydlęce wagony, niezwykle ciasno upchnęli naszych żołnierzy i wywieźli pod miasto Brańsk. W wagonach nie było nawet otworów, by móc załatwić własną potrzebę. Ten, kto miał chusteczkę lub kawałek papieru, załatwiał się w to i odrzucał dalej od siebie. Można sobie wyobrazić, jakie padało słownictwo z ust nieszczęśnika, któremu taki „prezent” spadł na głowę. Pod Brańskiem był ogrodzony okólnik, na którym nie było niczego, nawet jakiejś zadaszonej latryny. Ojciec wspominał, że w dwa tygodnie polscy żołnierze zjedli tam z głodu trawę. Ponieważ zaczynała się coraz zimniejsza jesień, trzymani za ogrodzeniem, zaczęli rękami kopać dołki, wkładali do nich górną część ciała, ale reszta wystawała i była narażona na zimno i słotę.
URATOWAŁY GO SPRACOWANE DŁONIE
Pewnego listopadowego dnia zajechała limuzyna niemiecka, z której wysiedli wyżsi rangą oficerowie, za nią limuzyna sowiecka z podobną zawartością. W tym momencie następowało przekazywanie przez Rosjan Niemcom tych żołnierzy, którzy pochodzili z terenów okupowanych przez Niemcy. Ojciec pochodził z powiatu Maków Mazowiecki, który z kilkoma innymi powiatami w ramach tzw. Rejencji Ciechanowskiej został administracyjnie przyłączony do Prus Wschodnich i podlegał gaulaiterowi Erichowi Kochowi.
W tym momencie należy wskazać charakterystyczny i doniosły w skutkach szczegół. Otóż wcześniej Rosjanie odebrali oficerów. Podejrzewali, że niektórzy o większej wyobraźni przebierali się w mundury zwykłych żołnierzy, dlatego kazali im wyciągać dłonie. Patrzyli, czy są delikatne, czy „robociarskie”. Osoby o delikatnych rękach dołączyli do oficerów i w późniejszym czasie ich przeznaczeniem stał się las katyński. Ponieważ ojciec przed wojną pracował ciężko fizycznie w tartaku, dłonie miał na wskroś „robociarskie”. I to go uratowało przed niechybną śmiercią. Oto dowód na obowiązywanie paktu Ribbentrop – Mołotow.
Po przewiezieniu do Niemiec w okolice Wałcza, ojciec trafił do państwowego gospodarstwa rolnego. Miał stamtąd złe wspomnienia, ponieważ skierowani tam żołnierze, z głodu musieli wstawać, trzymając się ściany. W pomieszczeniach stały żelazne piecyki, tzw. kozy do ogrzewania. Służyły także do chwalebnego celu – spalania wesz, których w czuprynach było bez liku. Pozostał po nich ojcu trwały ślad. Po latach, kiedy do zupy wpadła mucha, nie było większego problemu, ale kiedy w zupie pojawił się włos, talerz był natychmiast odstawiany.
Cdn.
Tadeusz Frączek{/akeebasubs}
