Kolejna część wspomnień mieszkańca Targowa Augusta Latzy z 1945 roku.

Wspomnienia Augusta Latzy z Targowa cz. 8
Jezioro Rańskie, fot. Hubert Jasionowski

ANI PROMYKA NADZIEI

Ponieważ miałem więcej kontaktów niż inni poprzez rybołówstwo, dano mi do zrozumienia, że jeśli nie wyjadę do 1 stycznia 1946 r., to zostanę wysłany z żoną do polskiego obozu na utraconym terytorium, aby tam posprzątać. Było to równoznaczne z przymusem. Szczerze mówiąc, było nam bardzo trudno podróżować w zimie. Wkrótce kończył się listopad. Na zewnątrz było już zimno. Węgla w domu pod dostatkiem, drewna na opał też. 30 centnarów ziemniaków w piwnicy, żyto, jęczmień, groch, w worku i w stodole nie wymłócone, wystarczyło na życie. To znaczy, gdybyśmy to utrzymali. Ale z drugiej strony spokój i bezpieczeństwo wśród tego przeklętego ludu. Ani promyka nadziei, tylko bezmyślny ucisk i rabunek do ostatniej nitki. Tam, gdzie nie ma już iskry człowieczeństwa, gdzie nie widać zbawienia, to znaczy dla Niemca, który nie pozwoli się upolitycznić i nie chce zdradzić swojej ojczyzny.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

WIZYTA NACZELNIKA

Chcę tu znowu napisać kilka przykładów: Po pierwsze, dopóki istniało komando pracy, któremu dostarczałem ryby, miałem specjalną ochronę. Przykład tego: sąsiad Wilk, jego szwagier Omniak, za wszelką cenę chcieli przejąć dom i ziemię należącą do pani Naroskiej. Oczywiście chciał też nasze meble, które nadal były moją własnością. Sąsiad nie chciał wejść do naszej starej chałupy. Ponieważ wszelkie perswazje Polaków na nic się zdały, miałem zatrzymać jeden pokój, a w najlepszym razie dwa, ale tylko najgorszy i bez naszej kuchenki. Nie chciałem nic wiedzieć. Kilka dni później pojawił się polski sołtys, dowódca milicji z milicjantem z Omniakiem i, ojej, naczelnik powiatu. Naczelnik powiatu, no, pomyślałem sobie, on też przyjeżdża, a ja mu nie dałem, jak był nad jeziorem ryby ode mnie, bo już było trochę ciemno, a ja go jeszcze nie znałem. Już wtedy nad jeziorem powiedział: „Latza, nie chcesz mi dać żadnej ryby. Pamiętaj: przyjdziesz kiedyś do mnie i wtedy pogadamy”. A teraz był tam, u Hietza. Czytał mi o wysiedleniu, czytał mi też o wysłaniu do obozu pracy za karę i wiele innych miłych rzeczy. Polski wójt skakał jak kozioł i bredził o kurwach, matce kurwie, syny kurwy, cholera jasna i tak dalej. Stałem i słuchałem. Kiedy skończyli, powiedziałem: Nie wyprowadzam się. Rosyjski porucznik z oddziału roboczego właśnie mi zabronił.

TRAGICZNY KONIEC WITKOWSKIEGO

Potem dowódca milicji dał mi 14 dni na uporządkowanie starego domu. Więc nie mogli nic zrobić. Oczywiście jakiś czas później wyremontowałem naszą starą chatę i się do niej przeniosłem. Bo powiedziałem sobie, że jak Rosjanie wyjadą, a Polacy przejmą władzę, to mnie do niej przesiedlą. Moje dobre chęci zatrzymania domu pani Naroskiej i ziemi Berga na coś się przydały. Było po prostu zbyt wielu ludzi, aby utrzymać to w tajemnicy. Potem było wielu rosyjskich dowódców ze swoimi pułkami, a następnie ci sami potworni polscy dowódcy. I wszystko, co można było znaleźć w domu lub stodole i w ogrodzie, zostało przeszukane, znalezione i zabrane. Jeśli ktoś chciałby odmówić lub zaprzeczyć temu na siłę, może posłużyć się następującym przykładem: Stary rolnik Gottlieb Witkowski z Targowa pilnował swojego gospodarstwa. Jego syn pracował w polu i mieszkał w gospodarstwie z synową i Polką jako pomocnikiem. Mieli krowę, 2 owce i kilka kurczaków. Sąsiedni rolnik Wilk. Jakubaßa również miał konia i krowę w stajni Witkowskiego. Stary Gottlieb czuwał teraz w nocy. Krótko przed jego urodzinami (70.) w lipcu, Polacy włamali się do domu. Oczywiście w nocy. Witkowski zamknął stodołę od zewnątrz, zabrał na strych kilka dużych kamieni i siekierę jako broń na wypadek ataku. Wszystko na nic. Drzwi do stodoły zostały wyłamane, a jego czaszkę rozłupano jego własną siekierą tak, że jego mózg rozprysnął się dookoła. Ale bydło zostało zabrane dopiero następnej nocy.

RABUNKI

Inny przykład: Kiedy Rosjanie odeszli, Polacy zmusili Niemców do oddania swoich gospodarstw w następujący sposób. Każdej nocy do wsi przybywał oddział liczący do 10 mężczyzn. Najpierw poproszono o otwarcie drzwi. Jeśli nie zostały otwarte dobrowolnie i szybko, drzwi zostały rozbite. Do środka weszło 2 mężczyzn, którzy pobili kobietę i mężczyznę. Musieli usiąść w kącie i siedzieć cicho. Dwóch Polaków stało obok. Pozostali wspólnicy „uprzątnęli” nadające się do użytku przedmioty z domu na wózek znajdujący się na zewnątrz. Wszystko było dokładnie oświetlone i zabezpieczone, a kiedy skończyli, wyszli. Oczywiście zamaskowani. Kilka dni później, może 2-3 dni później, wprowadził się Polak i zażądał tego, co jeszcze tam było, jako swojej własności. Łóżko, piec, stół i krzesło w jednym, najwyżej dwóch pokojach, dostali Niemcy na tak długo, jak „żyli”. Musieli jednak pracować dla Polaków na ich dawnym majątku, żeby mieć co jeść. Trwało to tak długo, aż wszystkie gospodarstwa zostały obrobione, a przesiedlenie Polaków do Szczytna zostało sfinalizowane w urzędzie powiatowym (ratuszu) z niemieckim podpisem.

Cdn.

Oprac. Witold Olbryś{/akeebasubs}