Z zaciekawieniem przyglądam się zmianom, jakie przy okazji reformy szkolnictwa wprowadzane są do listy obowiązkowych, uczniowskich lektur. Użyłem słów „z zaciekawieniem”, choć większość komentatorów owych zmian użyłoby określenia „z przerażeniem i grozą”.
Napisałem tak, ponieważ nie uważam, aby obowiązkowe, szkolne wczytywanie się w zawartość nakazowej literatury miało jakiś nadzwyczajny wpływ na wychowanie młodzieży. Zwłaszcza tej dzisiejszej, która czerpie informacje o świecie z domowego komputera, a co więcej, w przeciwieństwie do swoich rodziców, zna obce języki i poza dziennikami telewizyjnymi prorządowej stacji Kurskiego, albo opozycyjnej TVN 24, lubi sobie posłuchać, co mówią o Polsce informacyjne programy anglojęzyczne. Telewizja zapewnia im także szeroki dostęp do dzieł światowej kultury i sztuki, poprzez transmisje wydarzeń najwyższej rangi (wystawy, koncerty), telewizyjne spektakle teatralne, a także filmy.
Współczesny dostęp do informacji jest rzeczywiście nieograniczony, ale przecież nie jest on jedynym czynnikiem wpływającym na świadomość młodego człowieka. Jest jeszcze rodzina i najbliższe otoczenie. Jeśli dzieciak ma jakieś parcie do wiedzy, to potrafi skorzystać z podpowiedzi najbliższych i korzystać ze szkolnych lektur inteligentnie, oceniając i weryfikując narzucony przez nauczyciela sposób interpretacji dzieła. Poza tym taka młoda osoba czytuje również literaturę nieobjętą programem szkolnym, ma zatem jakieś własne odniesienia do treści lektur. Jeśli natomiast dany uczeń należy do leniwych i średnio rozgarniętych wielbicieli gier komputerowych, a rodzinę nieszczególnie interesuje jego intelektualny rozwój, to najczęściej sięgnie on, zamiast po literackie dzieło, po ogólnie dostępną ściągę, czyli bryk i przeczyta streszczenie. Osiągnie sukces, bo uda mu się dostać trójkę z minusem. Ale za kilka dni i tak nie będzie pamiętał nawet tytułu „obowiązkowej” książki.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Za lat mojej młodości nie było jeszcze ani telewizji, ani komputera. Edukację w pierwszej klasie podstawówki rozpocząłem w roku 1952, czyli w pełnym rozkwicie stalinizmu. Pamiętam książki, niemal wyłącznie radzieckie, które obowiązywały wówczas, jako lektura przewidziana dla mojego pokolenia! W licznych czytankach literackim wzorcem osobowym dla nastolatków był Pawlik Morozow, postać autentyczna. Zasłynął tym, że zadenuncjował własnego ojca pod zarzutem spiskowania przeciwko władzy radzieckiej. Innym Pawełkiem stawianym nam za wzór był bohater książki „Jak hartowała się stal” - Pawka Korczagin. Także autentyczna postać. Już jako dwunastoletni chłopiec wstąpił do komsomołu i rozpoczął walkę z wrogami komunizmu. Wkrótce zasłynął rewolucyjną bezwzględnością, siejąc postrach, jako krwawy funkcjonariusz bolszewickiej policji, na tyłach frontu. Podczas wojny z Polską, w roku 1920.
Takich to bohaterów podsuwała nam ówczesna władza, usiłując przekonać młodzież do jedynie słusznej wersji patriotyzmu. No i patrzcie państwo, jakoś udało mi się nie zostać donosicielem, że już nie wspomnę o pracy w ubeckich instytucjach. Owe piękne, historyczne książki - te wymienione, a także inne, podobne, nie rozbudziły moich marzeń w zamierzonym kierunku. No, ale mimo groźnej, stalinowskiej epoki i bariery informacyjnej odnośnie historycznych wydarzeń, jakoś docierała do nas prawdziwa wiedza o świecie. Mój ojciec, na dnie szuflady, trzymał wydaną w Londynie książkę Melchiora Wańkowicza o Monte Cassino. O wojskach Andersa nie można było w tych latach nawet wspomnieć, toteż i bitwa nie istniała. Żeby książkę Wańkowicza przeczytać, musiałem przysiąc ojcu, że nikomu nie pisnę o niej ani słowa. Prawdę o Katyniu opowiedział nam, dzieciom z podstawówki, na lekcjach religii, katecheta, ksiądz Lisiewicz. Misjonarz z Kościoła Świętego Krzyża w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu. Lekcje religii odbywały się w salce kościoła. Tak, że jakoś cała ta literacko - historyczna indoktrynacja przydała się ówczesnym władzom jak psu na budę.
Wróćmy do aktualnych zmian w obowiązkowych lekturach uczniowskich.
Przeczytałem, że skasowano Sofoklesa, Conrada, Żeromskiego, Iwaszkiewicza i Kapuścińskiego. Miłosza nadal nie ma, choć to noblista. Co do Sofoklesa, Conrada, czy Kapuścińskiego ta kasacja jest mi obojętna. Inaczej postrzegam talent, czyli wielkość Iwaszkiewicza (znawcy i propagatora tradycji międzymorza!) oraz Bułhakowa. Rozumiem, że dla dzisiejszej władzy nie jest istotnym, jak kto pisze, tylko o czym. Szkoda, choć z drugiej strony „Mistrza i Małgorzatę”, wcześniej czy później i tak każdy inteligent, niezależnie od wieku, przeczyta. Natomiast nowo odkryty poeta Wojciech Wencel mógłby pozostać niezauważony. Ponieważ zainteresowało mnie, co reprezentuje ten „nowy nabytek”, przeczytałem w Internecie fragment jego wiersza „In hora mortis”. No cóż... rozumiem, dlaczego tak poważne autorytety językowe jak panowie Bralczyk i Miodek odmówili podpisu pod wnioskiem o prezydencki medal „Zasłużony dla polszczyzny” dla pana Wencla. Pan Wencel nazywany jest poetą smoleńskim. Smoleńskim tak, nic nie mam przeciwko, ale żeby zaraz poetą? Piewcą dzisiejszej dobrej zmiany jest, na przykład, Jarosław Marek Rymkiewicz. Jego smoleński wiersz „Krew” dla wielu może być nie do przyjęcia pod względem treści przekazu, ale nie można zarzucić mu braku literackiego warsztatu. Rymkiewicz jest rzeczywiście poetą i potrafi tworzyć, niezależnie od tematu. Zapomniano o nim przy ustalaniu listy lektur? Chyba że jest już na niej, czego akurat ja mogę nie wiedzieć.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
