PORY ROKU (lekcja historii)

Przedwiośnie

"Przedwiośnie" - z wizją "szklanych domów" - to tytuł niezasłużenie popularnej powieści Stefana Żeromskiego. Na podstawie tej bodaj najgorszej w twórczości pisarza powieści reżyser Filip Bajon za namową telewizji zrobił jeszcze gorszy film i serial pod tym samym tytułem mocno trącący amatorszczyzną. Cóż, zdarza się to zarówno znanym reżyserom, jak i grającym w takim bublu aktorom. Na swoje nieszczęście trafiłem na powtórkową emisję tego serialu i zapragnąłem wykorzystać jego tytuł do kilku refleksji historycznych.

Oczywiście odtworzenie w 1918 roku, po stu kilkunastu latach niewoli, państwowości polskiej nie było rzeczą łatwą. Rozbiory - to także wpływy kultury i obyczajowości państw okupacyjnych. Jakże różne, chociaż dość trwale usadowione w mentalności społeczeństwa polskiego: do dziś da się rozróżnić, spod jakiego zaboru pochodzą ludzie, z którymi się stykamy (pijaństwo w zaborze rosyjskim, pewne nawyki porządku i oszczędności w zaborze pruskim, spora doza wolnomyślicielstwa w zaborze austriackim). Patriotyzmu nie brakowało Polakom w żadnym z zaborów, ale z różnych powodów powstania narodowe kończyły się zawsze klęską.

... Z pieca spadło

Przedwiośnie państwowości polskiej z początku wieku kojarzy mi się z ostatnim powstaniem narodowym, już za obecnych czasów, mianowicie ze strajkami w roku osiemdziesiątym. Co prawda tym razem minęło zaledwie czterdzieści lat niewoli (okupacja niemiecka, a potem zniewolenie radzieckie), ale jakże podobnej do poprzedniej. Także ten zryw zakończył się porażką i to nie bez pomocy samych Polaków.

Powstanie "Solidarności" to przecież nic innego jak powstanie narodowe (chociaż nie zbrojne) pod pretekstem walki o wolne związki zawodowe. Jego upadek - ogłoszenie stanu wojennego - zrodził strach. Bodaj po raz pierwszy w historii powstań zabrakło niektórym Polakom odwagi doprowadzenia sprawy do końca. Przedwiośnie lat osiemdziesiątych trwało więc zaledwie kilkanaście miesięcy. Ale za to potem wybuchła...

Wiosna

Niestety, kiedy minęły pierwsze dni radości z nagle wyrosłej bujnej zieleni wolności, kiedy okazało się, że możemy, a nawet potrafimy jako społeczeństwo dogadać się co do podstaw stosunków między różnie przecież myślącymi ludźmi, nadeszła szaleńcza powódź. Wzburzyły się polityczne rzeki i rzeczki, do wysokiego stanu wody doszły nawet strumyki - udawały, że tak już zostanie, że staną się Bugiem, Narwią czy Wartą choć dotychczas nie posiadały nawet nazwy. I co najgorsze - spienione wody na wierzch wypchnęły szumy i brudy. Zawsze tak bywa - z zamętu i niepewności korzystają ci, co z łatwością poruszają się w mętnej wodzie. Tam znajdują dla siebie pokarm, tam najlepiej się czują. Posypały się też błędy rządzących: najpierw ochrony prześladowanych i głodujących - chociaż tych drugich w zniewolonej ojczyźnie było niewielu. Skutecznie zabiło to wszelką inicjatywę osób, które z dnia na dzień znalazły się bez pracy. Upraszczając można powiedzieć, że pomoc społeczna była na tyle duża, że wszelki wysiłek usamodzielnienia się po prostu się nie opłacał. Przedobrzyliśmy. Rosło bezrobocie. Z drugiej strony nowe czasy i nowi ludzie nie zbudowali "szklanych domów". Pomyśleliśmy więc, żeby oddać władzę w ręce tych, którzy jakoś tam dawali sobie radę przez przeszło czterdzieści lat, więc i teraz sobie poradzą. Szczególnie, że sami uznawali się za fachowców. Okazało się jednak, że co innego rządzić w systemie nakazowo-rozdzielczym, a co innego kierując się zwykłymi prawami ekonomiki. Rozłożyli więc gospodarkę do reszty. Dodajmy do tego anarchię i całe ugrupowania polityczne ogłupiające naród i działające w gruncie rzeczy na jego zgubę. I oto następuje zdarzenie oczekiwane, chociaż w pewnej mierze zaskakujące: staliśmy się partnerami największego, a właściwe jedynego mocarstwa na świecie, a po drugie przyjęto nas do Unii Europejskiej. Wierzę, że taką wolę wyrazimy też w referendum, gdyż nie jesteśmy i nie pragniemy być państwem wschodu, państwem azjatyckim w najgorszym tego słowa znaczeniu. Otwarto przed nami bramy szkoły, w której możemy się nauczyć mądrze gospodarzyć, dano nam narzędzia, abyśmy wreszcie swoje wymarzone "szklane domy" pobudowali. Ten dzień, ta kwietniowa środa kończy jednak naszą społeczną wiosnę. Nie ja to odkryłem, a socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, Paweł Śpiewak: czas na...

Lato

Czyli nową IV Rzeczypospolitą. Tak dalej przecież być nie może. Kłócą się wszyscy ze wszystkimi, kradną ci, którzy mają coś do ukradzenia pod ręką. Handluje się wszystkim, nawet ustawami. Klasa polityków skompromitowała się zupełnie i nawet kościół nie jest w stanie użyć własnego autorytetu w stosunku do swoich hierarchów. Czy to nie odpowiednia pora, aby wszystkie sprawy unormować? Aby odsunąć tych, którzy się nie sprawdzili, zarządzić wybory według nowej reguły: oceniać zawartość głowy, a nie decybele wykrzykiwanych horrendalnych bzdur. Sprawdziło się to przecież przy wyborach burmistrzów i wójtów. Już czas mówić prawdę, a nie obiecywać gruszki na wierzbie, że już, za dzień dwa, będziemy drugą Japonią, Ameryką czy bodaj Niemcami. Owszem, kiedy się mocno uprzemy, to w tych standardach będą żyły nasze wnuki, a nie my, a nawet nie nasze dzieci.

Jeżeli tego nie zrobimy, jeżeli nie wykorzystamy szansy, to okażemy się narodem, który jest zdolny tylko do słuchania rozkazów i pracy pod czyimś nadzorem.

Nie zmarnujmy więc tej pory roku, którą nazwałem tu latem. Lato to okres ciężkiej pracy, jak to kiedyś w polu przy żniwach bywało.

Marek Teschke

2003.04.23