Witaj szkoło!(???)

"Za parę dni rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Wypoczęta, opalona i z wypiekami na zarumienionych twarzach młodzież oczekuje tego doniosłego dla nich momentu, kiedy otworzą się przed nią podwoje wyremontowanych, świeżo odmalowanych klas szkolnych." Tak musiałbym napisać, gdybym pisał za czasów komuny. Ale ani tak wówczas nie pisałem, ani nie będę pisał teraz, bo wiem, że to nieprawda. Na pierwszego września z ciekawością czekają pierwszaki i może kilka osób z klas starszych, bywa, ale to rzadko, że z gimnazjum lub liceum. Cieszą się i martwią zarazem przede wszystkim rodzice. Myślą: nareszcie życie wróci do normy, odpadnie wiele kłopotów i część odpowiedzialności za niezbyt rozgarniętą dziewuchę i rozbrykanego chłoptasia weźmie na siebie szkoła. Martwią się, bo nigdy nie wiadomo, jak to będzie, jak wakacje odmieniły ich syna lub córkę, a poza tym, nowy rok szkolny to przecież wydatek i to całkiem spory. Ale mimo to się cieszą. Szkoła to przynajmniej na pół dnia spokój.

... Z pieca spadło

Cieszą się też pewnie dzieci w Trelkowie i wszędzie tam, gdzie powstała i ma funkcjonować szkoła społeczna. Nie dlatego, że w takiej szkole nie trzeba się uczyć, albo że są sami najlepsi nauczyciele, albo z jeszcze innych powodów. Po prostu - przez ciekawość. Jak to będzie w tej nowej szkole? Ale ciekawość po miesiącu, dwóch minie. Chyba, że nauczyciele tę ciekawość szkoły potrafią zamienić na ciekawość świata. A właściwie tej części świata, którą oni reprezentują wobec uczniów: nauczyciel fizyki - jego fizycznymi prawami i zjawiskami, nauczyciel polskiego - pisaniem liter, wyrazów i poprawnie zbudowanych zdań oraz tym, co można z takich słów i zdań ułożyć, jak można przy ich pomocy komunikować się między sobą.

Szkoła to nie sale gimnastyczne, baseny, klasy z komputerami i bez, wycieczki, zawody sportowe, odrabianie lekcji, klasówki, kartkówki i sam Bóg wie co jeszcze, ale... nauczyciele. Bo szkoła nauczycielem stoi.

Dobry nauczyciel - dobra szkoła

Tej prawdy nikt nigdy nie obali. Ale nikt też nie jest w stanie ocenić, a już uczeń i jego rodzice najmniej, który nauczyciel jest dobry, a który zły. Miałem w szkole podstawowej nauczycielkę matematyki. Pamiętam jej nazwisko: Stetkiewicz. Nasza klasa gorzej nie mogła trafić - kończyliśmy powszechniaka, jeszcze tylko kilka miesięcy i wypuszczą nas na wolność - a tu nam na koniec trafiła się "najgorsza", najostrzejsza, stawiająca najsłabsze stopnie nauczycielka. Ja miałem szczególne powody, aby się jej bać: nie lubiłem odrabiania zadań domowych, a nawet - o zgrozo! - nie chciało mi się przed lekcjami odpisywać pracy domowej z zeszytów kolegów. Nie chciało mi się, bo potrafiłem rzecz zadziwiającą: gdy było zadanie z treścią, nauczycielka kazała zazwyczaj odczytywać treść zadania z książki, a rozwiązanie zadania z zeszytu. Odczytywałem więc zadanie z książki, a następnie brałem do ręki zeszyt, otwierałem na pierwszej lepszej stronie i odczytywałem rozwiązanie chociaż nic w zeszycie nie miałem napisane. Potrafiłem to, bo nauczycielkę miałem wspaniałą, a matematyka nie sprawiała mi najmniejszych trudności. Naturalnie otrzymywałem pały w dzienniku, bo często byłem łapany na tym procederze. I tak to trwało przez cały rok szkolny. Nie spodziewałem się też niczego dobrego na świadectwie końcowym. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy po długim okresie niepokoju przed rozdaniem świadectw okazało się, że z matmy otrzymałem bardzo dobry, jako jedyny w klasie. Moja nauczycielka po prostu wiedziała, że matematykę umiem, a nawet lubię. Ona miała powody, by mnie nie lubić. Wiedziała, że jestem patentowanym leniem, a jednak potrafiła oddzielić własną niechęć do mnie od oceny moich umiejętności. Pewnie dlatego ją tak dobrze pamiętam.

Dobra rada

Potem, w liceum spotkałem innego nauczyciela. Był polonistą. Miał ze mną nie mniej kłopotów niż nauczycielka matematyki z powszechniaka. Naturalnie moje i częściowo jego kłopoty też wynikały z mojego lenistwa: tym razem była to niechęć do spędzania wielu godzin nad lekturą. Są pewnie tacy czytelnicy, którzy to rozumieją. Świat jest taki ciekawy! Wiosną i latem można pływać na żaglówce czy kajaku, a w ostateczności kopać piłkę; zimą jeździć na łyżwach, grać w siatkówkę i w ogóle robić tysiące rzeczy ciekawszych od ślęczenia nad książką. A mój profesor miał zwyczaj zadawania (przyznaję, że nieczęsto) wypracowań, w których mieliśmy wyrazić nasz osobisty stosunek do zadanego tematu. To nawet mi pasowało, bo potrafiłem fantazjować na dowolny temat, a lekturę mogła mi opowiedzieć własnymi słowami koleżanka, która książkę przeczytała. Często mi się udawało napisać całkiem dobre wypracowanie mimo całkowitego braku znajomości książki, na temat której pisałem. Tak mi się przynajmniej zdawało aż do momentu, kiedy pod wypracowaniem znajdowałem nieodmiennie podobną ocenę nakreśloną przez profesora na czerwono: Błędy!!! Brak znajomości lektury! I ocenę. Podłą, choć nigdy nie był to "niedostateczny". Profesor - często ze mną prowadził poważne rozmowy - powtarzał: "Najwięcej nauczysz się czytając to co inni napisali. Bez tego sam nie napiszesz niczego mądrego." Skąd wiedział, że kiedyś zajmę się pisaniem zawodowo i z wielką trudnością nadgonię te braki w lekturach, które powinienem przeczytać w liceum? A jego radę stosuję do dzisiaj. Nie napiszę żadnego zdania, póki nie sprawdzę, co inni na ten temat pisali. We wszystkich dostępnych mi źródłach.

* * *

Nowy rok szkolny to nowe doświadczenie w życiu. To nowa przygoda. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdy trwa. Dopiero po latach wiemy już na pewno, że to najlepszy, najpiękniejszy okres naszego życia. (O czym pisało tysiące ludzi przede mną. Często nawet mądrzejszych.)

Witaj szkoło!

Marek Teschke

2003.08.27