Andrzej Materna, obecny dyrektor Miejskiego Domu Kultury w Szczytnie, od samego początku jest głównym organizatorem szczycieńskich finałów WOŚP, stojąc na czele miejscowego sztabu. W rozmowie z „Kurkiem” wspomina pierwszy finał i mówi, na czym polega fenomen tej ogólnopolskiej akcji.

Zaczęło się od ZHP
Andrzej Materna: - Ludzie widzą, że w każdym szpitalu jest sprzęt z serduszkiem

- Jakie były początki WOŚP w Szczytnie?

- Zaczęło się od Związku Harcerstwa Polskiego, w którym, razem z Pawłem Malinowskim, byliśmy instruktorami. O akcji Jurka Owsiaka dowiedzieliśmy się z jego programu telewizyjnego „Róbta co chceta”. Stwierdziliśmy, że to fajna inicjatywa i warto byłoby w nią wejść. Złożyliśmy akces, a organizatorzy przysłali nam ankiety do wypełnienia. W pierwszym finale wolontariuszy było niewielu, może 3 – 4 osoby. Sami przygotowywaliśmy puszki, wykorzystując do tego metalowe opakowania po mleku „Bebiko” z plastikowymi wieczkami. Robiliśmy na nich plomby, oklejaliśmy i szliśmy w miasto.

- Czy pamiętam pan, ile wtedy udało się wam uzbierać?{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

- Tego nie pamiętam, ale to nie były duże pieniądze. W kolejnych latach akcja nabierała jednak rozpędu i było dużo lepiej. Jednego roku chcieliśmy zrobić taką naszą, szczycieńską orkiestrę i przeznaczyć zebrane środki na miejscowy szpital. Potem okazało się, że nie możemy tych pieniędzy fizycznie mu przekazać, więc wpłata i tak poszła na konto fundacji WOŚP.

- Który z finałów utkwił Panu szczególnie w pamięci?

- Na pewno ten ostatni, bo z powodu pandemii był inny od dotychczasowych. Musieliśmy przeprowadzić go online, ale uważam, że całkiem dobrze to wyszło.

- A jakiś wyjątkowy gadżet przeznaczony na licytację?

- Była to kostka wyglądająca jak brykiet, ale zrobiona ze zmielonych banknotów sprzed denominacji. Otrzymaliśmy ją z fundacji WOŚP.

- W organizację finałów włącza się wiele osób.

Z wolontariuszami nigdy nie mieliśmy problemów. Z czasem do udziału w akcji włączyły się sąsiednie gminy – Jedwabno, Pasym, Świętajno, Dźwierzuty i Rozogi. Obecnie cały szczycieński sztab liczy 95 wolontariuszy, ale chętnych jest znacznie więcej niż przypisanych mu identyfikatorów. Niemal od samego początku bardzo pomagają nam też ludzie od lat związani z orkiestrą – małżeństwa Wróblewskich i Arbatowskich. Są też tacy, którzy kwestowali na WOŚP jako dzieci, potem wyjechali ze Szczytna, ale wracają na finał. Taką osobą jest Łukasz Wróbel, który na stałe mieszka w Warszawie, ale zawsze jest z nami podczas finału. Bez nich wszystkich akcja by się nie udawała.

- Na czym polega fenomen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?

- Sądzę, że wpływa na to transparentność fundacji, która bardzo skrupulatnie i przejrzyście rozlicza się z zebranych środków, pomimo licznych głosów krytyki. Ludzie widzą, że w każdym szpitalu jest sprzęt z serduszkiem. Wiele osób, wrzucając datek do puszki, mówi, że aparatura ta uratowała mu lub komuś z jego bliskich życie.

- Jak będzie wyglądał tegoroczny finał w Szczytnie?

- Zbiórki zaczynamy w niedzielę wczesnym rankiem. Wolontariusze będą kwestować przed kościołami i na ulicach. W dolnym holu domu kultury czynny będzie orkiestrowy sklepik oraz kawiarenka z ciastami. W tym roku, podobnie jak w poprzednim, do akcji włącza się Uniwersytet Trzeciego Wieku. Skupione w nim panie upieką słodkości. Planujemy też koncert lokalnych wykonawców, ale do końca jeszcze nie wiadomo, czy się odbędzie. Wszystko zależy od sytuacji epidemiologicznej. Mieliśmy już zabukowane zespoły, ale wycofały się, bo ich członkowie albo chorują na covid, albo są w kwarantannach.

Rozmawiała:

Ewa Kułakowska{/akeebasubs}