W jednym z ważniejszych punktów miasta, tuż przy rondzie Grota-Roweckiego ustawiono szereg banerów.

Zapaskudzone centrum Pomijając ich wątpliwy walor estetyczny, należy dodać, że dodatkowo zasłaniają one widok na mieniący się o tej porze roku różnymi kolorami park nad dużym jeziorem. Żeby jednak tylko to. Niedawna wichura dała się we znaki jednej z wielkoformatowych reklam i... popatrzmy co się stało. Jeden z banerów oderwał się u dołu i powiewa niczym żagiel.  - Co to w ogóle znaczy – oburzyła się  jedna z pań przechodząca pod powstałym „baldachimem”. Zdenerwowało ją to, że w jednym z ważniejszych punktów miasta postawiano jakieś szpetne metalowe stelaże z nie mniej okropnymi, szarpiącymi się na wietrze szmatami. Co gorsza, gdy z niesmakiem obróciła głowę w przeciwnym kierunku, została uraczona podobnym, przygnębiającym widokiem.
Jej  oczom ukazała się  górująca nad dachami okolicznych domów dziurawa wieża ciśnień, otulona niedokończoną betonową budowlą.

BĘDZIE TABLICA?

Niedawno  pisaliśmy o spostrzeżeniach naszej Czytelniczki Ireny Machlewskiej, która od około dwóch miesięcy jest mieszkanką Kamionka. Bardzo spodoba się jej ścieżka biegnąca wokół dużego jeziora, ale zabrakło jej tablic informacyjnych, które można spotkać na terenie miasta pod ważniejszymi i zabytkowymi obiektami. Chciałaby, aby nad jeziorem postawiono podobne z danymi o powierzchni jeziora, jego głębokości itp.  Władze miasta uważają postulat za słuszny, ale powstał dylemat{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} , w którym miejscu należałoby postawić tablicę. Zrodziły się bowiem obawy, że jeśli gdzieś poza obszarem miejskim, zaraz zostanie zdemolowana przez wandali. Najchętniej widziano by ją na plaży miejskiej (monitorowanej), ale wydaje się, że jednak lepsze byłoby jej umiejscowienie na trasie, np. w okolicy siłowni w Kaminonku. Tam byłaby pod okiem jej licznych użytkowników.  Postanowiliśmy sprawdzić jak mają się tablice już stojące na obszarze miasta. Jest ich kilka - pod sądem, przy dziurze po kinie, pod chatą mazurską na ul. Konopnickiej, na ul. Polskiej, czy w parku nad małym jeziorem, a wszystkie w dobrym, jak nie jeszcze lepszym stanie technicznym. Zaskakuje też, że błyszczą czystością, ale nie jest to zasługa miejskich służb porządkowych, a deszczu, który ostatnio padał dość intensywnie.  Dodajmy jeszcze, że naszym zdaniem najbardziej ulubionymi obiektami ataków wandali są dużo większe tablice stojące na Małej Bieli i tamtejsze mostki, a na ulicach miasta, mimo monitoringu, znaki drogowe.

MAZANIE I GIĘCIE

Wystarczy pospacerować ulicami miasta, aby przekonać się, że wandale jednak nie śpią, ale  interesują się głównie znakami drogowymi. Ich ulubionym zajęciem jest ich zawzięte gięcie albo mazanie po nich farbą. Oto przykłady z ul. Kolejowej, Sportowej oraz Leyka, na których widać efekty niszczycielskiej działalności i to mimo monitoringu.

SKARBY PANI JADWIGI

Garnek z Końskich

Jakiś czas temu „Kurek” odwiedził Dąbrowę, małą miejscowość w gminie Dźwierzuty. Tam gościliśmy u pani Jadwigi. Oglądaliśmy jej ciekawe zbiory, m. in. rozmaite stare,  zabytkowe  urządzenia oraz przedmioty używane ongiś w gospodarstwach domowych. Na zdjęciu po prawej stronie widzimy gospodynię z przedwojennym grillem, po lewej 11-litrowy garnek żeliwny z tajemniczymi znakami i cyframi  – 1589.  - Byłby to rok produkcji? - zastanawia się pani Jadwiga. Postanowiliśmy sprawdzić to w internecie. Jak się okazało, ów żeliwny wyrób opisany jest tam dość dokładnie. Liczba 1589 nie oznacza daty, ale numer formy, w której był odlewany, a wyprodukowała go przed wojną Fabryka Odlewów Żelaznych w Końskich. Przedmiot figuruje w katalogu firmowym wydanym w 1934 r. Tu ciekawostka, bo jest to garnek ogniowy, to znaczy taki, który po wyjęciu fajerek w ówczesnych kuchniach opalanych drewnem zanurzany był w ogniu do połowy swojej wysokości. Według smakoszy właśnie w tego typu naczyniach powstawały najbardziej smakowite potrawy i dzisiaj ów garnek, nazywany też polskim, powraca do najbardziej renomowanych restauracji. Współcześnie przyrządza się w nim bigos czy staropolską grochówkę o  znakomitym, niepowtarzalnym smaku. Mniam!

Wyrób miejscowy

Pani Jadwiga pokazuje nam też skrzynkę z kompletem butelek o pojemności 0,5 l. Skrzynka jak widać jest drewniana, ale na narożach ma też metalowe wzmocnienia. Na jednym z boków widać napis: Browar Szczytno, na przeciwległym: cena 32 zł.  Butelki mają zapomniane już zamknięcie drutowe i kapsle, ale najrozmaitszego typu – szklane, porcelanowe i plastikowe. Kilka nosi jeszcze mocno zniszczone zębem czasu etykietki. Wzorując się na nich  postanowiliśmy poszperać w internecie – a nuż uda się ustalić z jakiego czasu pochodzą.

KOLEJNY HEJT

Po wypisaniu hasła: browar Szczytno – etykiety wyszukiwarka internetowa uraczyła nas zaskakującym wynikiem, pokazując obrazek załączony poniżej. Cóż, Szczytno słynie w necie nie tylko z najbrzydszej budowli, tzw. makabryły (wieża ciśnień), ale i piwnej etykietki. Swoją jednak drogą załączona etykietka, choć zastępcza, jest ciekawa, bo jak głosi napis piwo jasne lekkie wyprodukował browar „Społem” w Szczytnie, ale obciągu - wbrew pozorom nie jest to jakaś nieprzyzwoita czynność, a po prostu rozlewanie - dokonano w Wawrze, niegdyś samodzielnej miejscowości, dziś dzielnicy Warszawy. Dodajmy jeszcze, że nawet niektórzy zdeklarowani piwosze nie wiedzą, że po wojnie szczycieński browar był we władaniu PSS-u.     Tymczasem do dziś na środkowej metalowej bramie zachowało się świadectwo tamtych czasów – dobrze zachowany napis  „browar Społem”, choć w pierwszym wyrazie brakuje litery „A”.{/akeebasubs}