W Galerii Miejskiego Domu Kultury w Szczytnie można obecnie obejrzeć wystawę prac szczycieńskiego artysty plastyka Przemka Kozaka. Poszedłem i obejrzałem.

Przemka znam osobiście od ładnych kilku lat. Ale jeśli chodzi o jego twórczość, to poznałem go wyłącznie jako grafika użytkowego. Artystę posługującego się komputerem, właściciela agencji SONC. My wszyscy, mieszkańcy Szczytna, wielokrotnie oglądaliśmy jego plakaty i ulotki reklamujące Dni i Noce Szczytna. Profesjonalizm na najwyższym poziomie. Konsekwentne wyważenie kompozycji. Swobodna kolorystyka, a wreszcie wprowadzenie do komputera elementów wykonanych technikami tradycyjnymi, czyli ręczna robota. To wszystko świadczy, poza talentem, o starannym, artystycznym wykształceniu twórcy. Podejrzewam, że w dobrej szkole. Bardzo zatem byłem ciekaw tego, co będę mógł zobaczyć na jego autorskiej wystawie.
Moje podejrzenia sprawdziły się. Miałem okazję obejrzeć zestaw prac niemających nic wspólnego ze znaną mi komercyjną grafiką użytkową i nowoczesną techniką, co dotychczas uważałem za podstawę twórczości Przemka Kozaka. Tym razem Przemek zaprezentował grafiki i szkice wykonane z potrzeby serca.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Opisując niejaką „dwoistość” Przemka, przyszło mi do głowy, że jego osobowość twórcza wprost prowokuje do zastanowienia się co oznacza pojęcie „zawód artysta”. Zawsze mnie to frapowało. Niegdyś, przed laty, miałem okazję być goszczony w letnim domu Daniela Olbrychskiego w Mięćmierzu koło Kazimierza nad Wisłą. Odbywało się tam sympatyczne przyjęcie dla dość licznego grona zaprzyjaźnionych artystów. I oto nagle gospodarz domu wygłosił szczególny toast, który zaczął od słów: Jestem zapewne jednym z największych polskich aktorów filmowych. Zacnych gości Daniela, zwłaszcza tych o bardzo znanych nazwiskach, dosłownie zamurowało. Taka bezczelność! Tymczasem Olbrychski kontynuował temat wyjaśniając, że chodzi mu o tak zwane zawodowstwo. Artystą bywa się lub nie, natomiast jeśli już uprawia się zawód artysty, w jego wypadku aktorstwo filmowe, to obowiązuje przede wszystkim staranna nauka tego zawodu, czyli warsztat. Także stuprocentowa dyspozycyjność. Dopiero potem można mieć „twórcze fochy”. Takie jest jego credo. Nie udaje artysty. Stara się być dobrym technicznie. Ćwiczyć. On uważa siebie za znakomitego, ale wyłącznie zawodowca. O tym, czy jest przy tym artystą – nie ma pojęcia. Po prostu o tym nie myśli. A toast „za zawodowstwo” dedykuje swoim młodszym kolegom.
Miał zupełną rację. Choć istnieje także coś takiego jak nieskalany kontaktem z współczesną rzeczywistością talent naturalny. Takim twórcą był Nikifor z Krynicy. Nieoszlifowany diament. Inaczej postrzegający otaczającą go rzeczywistość. Talent niepowtarzalny, choć zauważam pewną fascynację prymitywizmem Nikifora w profesjonalnych obrazach słynnego Edwarda Dwurnika. No, ale Nikifor Krynicki, to jeden z kilku, bardzo nielicznych, wyjątków.
Jeśli mówimy o twórcach profesjonalnych, którzy utrzymują się z plastyki, uprawiając zawód grafika użytkowego, lub projektanta np. wnętrz, to komputer, który jest niesłychanym ułatwieniem w procesie tworzenia, poczynił niebywałe spustoszenie w poziomie artystycznym realizowanych prac. Po co uczyć się rysować i malować? Po co studiować zasady kompozycji, kiedy maszyna ma na wszystko gotowe schematy. Jeśli zlecono grafikowi zaprojektowanie logo firmy, to jaki sens ma myślenie o jakichś artystycznych skojarzeniach na temat jej działalności. Wystarczy wystukać nazwę przedsiębiorstwa, a następnie atrakcyjnie powyginać komputerowo cały napis i… już mamy dzieło sztuki.
Kiedy pierwsi kompozytorzy zaczęli korzystać z techniki komputerowej, zasłynął pośród nich Jean Michel Jarre. Wspaniały muzyk, którego talent po prostu rozkwitł dzięki możliwościom komputera. Z tym, że Jarre był znakomitym twórcą także bez komputerowego wspomagania. Tymczasem wkrótce pojawiły się tłumy jego naśladowców, którym wydawało się, że są równie wielkimi muzykami i produkowali masowo komputerowe zbitki pseudoorganowych akordów. Z przekonaniem, że w niczym nie ustępują słynnemu mistrzowi.
Przypomina mi się piosenka śpiewana niegdyś przez Majkę Jeżowską. Zaczynała się słowami „Elektronika nie gra za muzyka”. No właśnie. Dotyczy to wszystkich dziedzin sztuki. Zawodowstwo i artyzm. Talent i ciężka praca. Nieustająca nauka i obserwacja, a dopiero potem wspomaganie komputerowe. Tak jak u Przemka Kozaka.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
