...do przytulania i do kochania. Wielokrotnie słyszę jak dzieci błagają rodziców o pieska lub kotka.
Gdy spotykają odmowę, to natychmiast wykorzystują wrażliwość dziadków i proszą o wstawiennictwo. Fajnie jest mieć taką przytulankę, ale z doświadczenia wiem, że i tak cały obowiązek związany z czworonogiem spada na rodziców. Dlatego też bardzo spodobał mi się pomysł znajomej, która natychmiast zgodziła się na zakup pieska, pod warunkiem, że dziecko przez dwa tygodnie będzie opiekowało się wirtualnym pupilkiem. Malec aż zapiszczał z radości i z ochotą przystał na wyznaczone warunki. Do jego obowiązków należało wychodzenie z psem trzy razy dziennie. Rano o 7.00, o 12.00 i o 17.00. Przez pierwsze dni nie było problemu, ale po tygodniu... a to nie miał siły wstać, a to deszcz padał... Okazało się, że niestety pieska nie będą mieli, bo to dziecko nie było gotowe, by podołać wyzwaniu. Bardzo spodobała mi się taka pomysłowa i obrazowa metoda ilustrująca obowiązki i konsekwencje związane z posiadaniem czworonoga. Uczy ona odpowiedzialności za udomowione zwierzę.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Miałam kilka zwierzątek i o nich opowiem. Pierwszy piesek pojawił się przy mnie, gdy byłam maleńka. Pamiętam więc tylko dotyk jego mokrego języka na mojej twarzy. W czasach mojego dzieciństwa zwierzęta bezpańsko chodziły po ulicy i posiadanie czworonoga nie stanowiło problemu. W latach 60. we wszystkich domach trzymano psy i koty. Wówczas tylko się drzwi otwierało i pupilek wybiegał za swoją potrzebą i wracał. Nie wiedział co to obroża lub smycz. Wychowywałam się tarmosząc pieski za uszy, a koty ciągnąc za ogony. Pewnego dnia i ja jako matka usłyszałam prośbę dziecka, by pięknego, działkowego kotka zabrać do domu. Natychmiast się zgodziłam. Miły kotek zamieszkał w naszym mieszkaniu, w bloku na czwartym piętrze. Od razu w kartonie zrobiliśmy mu spanko, postawiliśmy w kuchni wieczko od pudełka po butach ze żwirkiem. Kicia była zdziwiona i biegała po wszystkich pomieszczeniach. W pewnym momencie wskoczyła na stół, ze stołu na firankę, tak się pazurkami w nią wczepiła i wplątała, że okienna ozdoba wraz z kicią spadła. Wiadomo, kot upadł na cztery łapy, a firanka już do niczego się nie nadawała. Synek próbował złapać kotka za ogon, ale tylko się przewrócił... Wreszcie Mruczek (bo takie dostał imię) się uspokoił, poznał wszystkie kąty i zwinięty w kłębek usnął na fotelu. Rano gdy wychodziliśmy do pracy i przedszkola – spał i nawet nie przyszedł napić się mleczka. Gdy wróciliśmy do domu i tylko otworzyliśmy drzwi czmychnął pod nogami i uciekł. Zbiegłam na dół, ale po kocie nie było śladu. Za to w mieszkaniu pachniało kotem, ale tak strasznie, że aż zatykało. Nie pomogły otwarte okna. Wreszcie niespodziankę odkryłam na śnieżnobiałej kamizelce. Niestety mimo wielokrotnego prania – ślad po miłym kotku pozostał.
Wiadomo, że życie jest pełne niespodzianek, więc nie zdziwiłam się, gdy na naszej wycieraczce odkryłam śpiącego psa. Pozwolił nam wejść do mieszkania, chętnie poczęstował jedzonkiem, ale nie wiedząc do kogo rasowy pies należy, nie zapraszałam do domu. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pies pod naszymi drzwiami pojawiał się przez kolejne dni. Mimo że rasowy, był taki biedny, smutny i zaniedbany. Po tygodniu wykąpany, nakarmiony mieszkał z nami. Był grzeczny i chętnie wszędzie za nami wędrował, a to na działkę, na spacery. Nie prowadzałam psa na smyczy, tłumaczyłam synkowi, że jak ma być nasz, to będzie. Pytałam też wszystkich czy nie wiedzą do kogo należy piesek. Argo nas polubił, my polubiliśmy jego. Gdzieś po miesiącu do drzwi zadzwoniła kobieta, która natychmiast zaczęła wyzywać mnie od złodziejek i straszyć milicją. Była to właścicielka psa i w żaden sposób nie dała sobie wytłumaczyć, że Argo spał pod naszymi drzwiami, że był brudny i głodny. Tak moje dobre serce zostało potraktowane, a ja zostałam złodziejką. Pies wrócił do właścicielki i choć potem wielokrotnie skomlał pod drzwiami, nie zapraszałam go, bo wiedziałam że ma panią, która może dla mnie nie była miła, to jednak jego właścicielką była.
Wówczas na pocieszenie na naszym podwórku pojawił się Dżekuś. Wszystkie dzieci się nim opiekowały, w krzakach zbudowały lokum, z domu wynosiły kiełbasę. Teraz syn ciągle nam opowiadał o wesołym kundelku, który stał się maskotką wszystkich dzieciaków. Pewnego dnia kundelek przywędrował na górę i wówczas spojrzeliśmy sobie w oczy. Dżekuś na mój widok zamerdał ogonkiem i radośnie zaszczekał. Był z nami 15 lat i dla mnie stanowił wielką radość, towarzyszył w wyjazdach, spacerach, spotkaniach rodzinnych. Zaprzyjaźnił się też z pudliczką siostry i nawet żartowaliśmy, że to bohaterowie bajki „Zakochany kundel”. Oj, muszę kończyć ten felieton, bo pupilka mojej siostry Molly właśnie na stół się wgramoliła, znosi zabawki i wszystkie swoje ubranka, zagląda do laptopa... nie chce bym pisała, prosi bym z nią pospacerowała. Wszystkie zwierzątka jakie z nami były z sentymentem wspominamy, a obecnie Molly – małą psotnicę – rozpieszczamy.
Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}
