Rozmowa z burmistrzem Krzysztofem Mańkowskim
- Po tym, jak większość rady zagłosowała przeciw zaciągnięciu przez miasto 7,5-milionowego kredytu ma pan chyba twardy orzech do zgryzienia.
- Radni powinni brać odpowiedzialność za to, co robią. Uchwały na sesji budżetowej były tak ułożone, że nie zaczynały się od kredytu, tylko od tego, co jest zapisane w Wieloletniej Prognozie Finansowej. To w niej zostały wskazane źródła finansowania inwestycji. Dopiero potem był głosowany budżet. Konsekwencją głosowania za nim było podjęcie uchwały o kredycie. Tam zostało dokładnie zapisane, na co jest brany.
- Radni, którzy zagłosowali przeciwko jego zaciąganiu tłumaczą, że są za kredytem, ale nie w takiej wysokości i tylko na te zadania, które mają zagwarantowane dofinansowanie zewnętrzne. Przekonują, że jeśli w ciągu roku takie dofinansowanie się pojawi, to wysokość kredytu można zwiększyć.
- Dziwię się, że radni, którzy pełnią swój mandat często od kilku kadencji nie rozumieją, że jest to kredyt zaciągany w procedurze unijnej, którego nie można dzielić, a procedura jego uzyskania trwa nawet cztery miesiące. Jest on przeznaczony na konkretne zadania i uruchamiany tylko w momencie, kiedy rusza dana inwestycja. Jeśli z różnych przyczyn tak się nie dzieje, bo np. nie dostajemy dofinansowania, to transza kredytu na daną inwestycję nie zostaje uruchomiona.
- Przeciwnicy jego zaciągania przekonują, że czas pandemii to nie najlepszy moment na zadłużanie miasta.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- Odkąd od 30 lat istnieją samorządy, przy każdym burmistrzu, tak właśnie kredyty były zaciągane i nie jest to mój wymysł. Gdybyśmy wzięli go w proponowanej przez mnie wysokości, to zadłużenie miasta wzrosłoby tylko do 18%. Dla porównania, zadłużenie Lidzbarka Warmińskiego, który nasi radni tak często stawiają za wzór, sięga ponad 30%. Jeśli chcemy się rozwijać, to musimy skądś brać na to środki. Tak jest na całym świecie.
- Czym pan tłumaczy zachowanie większości radnych?
- To takie potrząsanie szabelką, pokazanie, że mają większość i chęć zrobienia mi na złość. Nie będę ukrywał, że trochę nerwów mnie to kosztowało. Generalnie jednak szkodzi to naszym mieszkańcom.
- Przewodniczący rady Tomasz Łachacz mówi, że podczas pracy nad projektem budżetu w zasadzie nie było między wami żadnych rozmów, w tym także o wysokości kredytu.
- Na wszystkich komisjach rady była o tym mowa. Radni już wtedy nie zgadzali się na wysokość kredytu. Wtedy im powiedziałem – OK, w takim razie proszę mi pokazać, z jakich inwestycji rezygnujemy i tym samym pomniejszamy kredyt. Zastrzegłem tylko, że zostawienie 1 mln zł na stadion spowoduje, że ja z jego budową nie ruszę, bo żeby zrobić to szybko, to na samo rozpoczęcie potrzeba 3,5 mln złotych. Teraz słyszę, że ja się uparłem na tę inwestycję, a przecież to oni jej chcieli jeszcze w poprzedniej kadencji. Powiedziałem im, że jeśli tego nie robimy, to niech przedstawią mi swoje stanowisko na piśmie. Żadnej takiej deklaracji jednak nie otrzymałem.
Jeśli chodzi o wnioski do budżetu, to na początek radni zgłosili inwestycje łącznie na 75 mln złotych. Zapraszałem przedstawicieli klubu „Wszystko dla Szczytna” i PSL na spotkania, ale raz nie przyszli w ogóle, a za drugim razem zjawił się tylko jeden jego reprezentant. W końcu poprosiłem radnego Kiersikowskiego, aby przedstawił mi propozycje klubu. Ze wszystkich zgłoszonych przez niego wniosków, uwzględniłem wszystkie, z wyjątkiem budowy drogi do SP6.
- Radni zarzucają panu nadmierną rozrzutność. Przypominają o kosztownym remoncie gabinetu pana zastępczyni czy zwiększeniu środków na promocję.
- Nie zgadzam się z tymi zarzutami. Mimo trudnej sytuacji związanej z pandemią, nie tylko udało się nam w ubiegłym roku zrealizować wszystkie inwestycje, ale jeszcze zaoszczędzić 3,6 mln zł wolnych środków. Te pieniądze zasilą tegoroczne zadania inwestycyjne.
- Co pan teraz zamierza?
- Na najbliższą sesję przygotowałem uchwałę takiej samej treści jak poprzednio. Rozbudowałem tylko jej uzasadnienie, w którym podałem warunki, pod jakimi uruchamiany jest kredyt.
- Jeśli jednak większość radnych ponownie nie zgodzi się na jego zaciągnięcie w proponowanej przez pana wysokości, to co wtedy?
- Nie będzie żadnych inwestycji. Będę musiał znaleźć pieniądze na to, co muszę zrobić, a jeśli to się nie uda – zwrócić uzyskane już dofinansowanie, np. na remont ul. Gdańskiej. Postaram się tylko skończyć rozpoczęte już zadania, takie jak zamek krzyżacki czy zrównoważony transport. W tych przypadkach zbyt duże środki musielibyśmy oddać. Jeśli będzie trzeba, stanę przed mieszkańcami i powiem im to prosto w oczy. A radni niech się tłumaczą, dlaczego nie ma inwestycji. Jeśli zostanę pozbawiony kredytu, będę musiał dokonać także cięć w wydatkach rzeczowych. Może w tej sytuacji potrzebne jest referendum w sprawie odwołania burmistrza?
- Mówi pan tak, jakby był z taką ewentualnością pogodzony.
- Ja stanę do niego z czystym sumieniem. Jeśli mieszkańcy uznają, że jestem złym burmistrzem i przeze mnie zaistniała ta sytuacja, to proszę bardzo, niech decydują, jeśli tylko znajdzie się grupa osób, które wyjdą z inicjatywą referendum. Takie są prawa demokracji. Oficjalnie już teraz mówię, że będę się ubiegał o ponowny wybór na burmistrza. Pokażę mieszkańcom, co do tej pory zrobiłem i oni to ocenią. Jak się jest w samorządzie 20 lat, tak jak ja, to ma się wrogów i z lewej, i z prawej strony. Czuję jednak poparcie ludzi.
Rozmawiała:
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
