Mam psa. Sześcioletniego, czarnego labradora. Wyjątkowo dużego jak na przedstawiciela swojej rasy. Nie stróżuje on na podwórku - jest wychowywany w domu. Jako przyjaciel rodziny, a właściwie jej pełnoprawny członek. Korzysta z ogrodu i wychodzi na spacery do miasta.
I oto nasz pupilek zachorował. Bardzo ciężko. Jego nerki całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Nazywa się tę przypadłość niewydolnością nerek. Szans na wyleczenie prawie żadnych, ale uparliśmy się z żoną, żeby walczyć o życie przyjaciela. I tak poznałem niezwykły świat naszych weterynarzy. Fascynujący świat lekarzy zwierząt. Ludzi mądrych, ambitnych i prawdziwie kochających swoich pacjentów. Podziwiam ich pracę i dlatego zapragnąłem napisać słów kilka o tych, z którymi los mnie zetknął.
Jest w Szczytnie gabinet weterynaryjny profesora olsztyńskiej uczelni. Poszedłem do niego po radę. Profesor jest znakomitym chirurgiem zwierząt, ale niewiele mógł mi poradzić w jakże trudnym przypadku urologicznym. Niemniej natychmiast zadzwonił na wydział weterynarii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, do wybitnej specjalistki w dziedzinie chorób nerek. Umówiliśmy się z nią i pojechaliśmy na konsultację. Pani doktor uznała, że z uwagi na stosunkowo młody wiek i dobrą ogólną kondycję pacjenta warto spróbować leczenia, choć będzie to bardzo mozolne, trudne i dość kosztowne. Co do rezultatu… trudno przewidzieć. Podjęliśmy wyzwanie.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Proces leczenia rozpoczęła dziesięciodniowa seria dializ otrzewnych. U naszego profesora, w jego olsztyńskiej pracowni, wszyto psu rurkę do brzucha. Od tego momentu, kilka razy dziennie osobiście wlewałem w naszego labradora i wylewałem zalecone przez panią doktor płyny. Ponadto należało wykonywać całe serie zastrzyków, podawać odpowiednie lekarstwa, monitorować krew (codzienna analiza), monitorować pęcherz (USG), a później także cewnikować psa. To wszystko musiało być wykonywane na miejscu, w Szczytnie. Ale kto? I oto para młodziutkich weterynarzy - Paulina i Mateusz podjęli się codziennej opieki nad naszym chorym psem. Pod stałym nadzorem telefoniczno - mailowym olsztyńskiej specjalistki, u której jeszcze niedawno pobierali uniwersyteckie nauki. Paulina ma w Szczytnie swój gabinet. Świetnie wyposażony. Jest tam i USG, i aparat do analizy krwi. Ona sama, mimo młodego wieku, jest już dojrzałą lekarką. I tak zaczęła się długoterminowa współpraca miejscowego środowiska weterynarzy z naszą rodziną, ze szczególnym uwzględnieniem czworonożnego pupila.
Mateusz podjął się codziennych, dwukrotnych wizyt w naszym domu. Mieszkamy stosunkowo blisko weterynaryjnego gabinetu, więc odwiedziny nie stanowią dla niego większego problemu. Dlatego nie liczy ich jako wizyty domowe, czyli nie pobiera żadnego honorarium. Sam mówi, że robi to dla psa, a poza tym ma okazję poszerzyć w praktyce swoją akademicką wiedzę, co stanowi dla niego wartość nieocenioną.
I tak walczymy już kolejny tydzień. I chyba z niezłym skutkiem. Obecnie zaczyna „być z górki”. Co mnie zachwyca w środowisku lekarzy weterynarii, to ich wzajemna lojalność, współpraca i brak zawodowej zawiści. Z kimkolwiek nie spotkam się w zaciszu gabinetu weterynaryjnego zawsze odnoszę wrażenie, że tylko i wyłącznie liczy się dobro pacjenta. Wszelkie inne ambicje i ambicyjki nie mają tu miejsca. Mówię o pokoleniu młodych, którzy skończyli olsztyński wydział weterynarii w ostatnich latach. To znaczy w czasach, kiedy to zupełnie zmieniono podejście do chorego zwierzęcia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu zwierzę to było tylko ZWIERZĘ. Należało mu pomóc, w miarę możliwości wyleczyć, ale kto by się tam rozczulał nad burkiem? Dziś młodych lekarzy zwierząt uczy się w myśl zasady, że zwierzęciu należy się tyle samo co człowiekowi. Warto przyjrzeć się jak wyglądają ich gabinety i jak są wyposażone. Jednocześnie cała ta medyczna młodzież jest bez przerwy w kontakcie ze swoimi profesorami z uczelni, nie podejmując żadnych poważniejszych działań bez konsultacji z nimi. Co więcej, kiedy młody opiekun mojego psa nie potrafił dać sobie rady ze skomplikowanym zabiegiem, natychmiast i bez żadnego wstydu odesłał mnie do specjalistycznej kliniki w Olsztynie, gdzie jeden z jego niedawnych nauczycieli zabieg wykonał gładko i rutynowo, wziął za to honorarium symboliczne, przekazując przeze mnie serdeczne pozdrowienia szczycieńskiemu lekarzowi. Przy okazji warto dodać, że wszelkie medykamenty weterynaryjne są dość kosztowne. Nie są dotowane, zatem płaci się słono. Natomiast lekarze pobierają honoraria stosunkowo niskie, a bywa, że nawet z nich rezygnują, byle tylko pomóc zwierzakowi.
Szanuję doświadczenie starych mistrzów. Sam jestem już staruchem. Ale który z nich potrafi czytać USG, albo sam, bez pomocy laboratorium wykona analizę krwi? Ja zresztą mam to samo jeśli chodzi o wykorzystanie możliwości komputera przy architektonicznym projektowaniu. A ci młodzi ludzie nauczyli się obsługiwać skomplikowaną informatyczną aparaturę zanim nauczyli się mówić. No i chwała im za to.
Nasz pies zdrowieje. Teraz spędza godziny leżąc pod kroplówką. W domu. I trzeba przy nim cały czas siedzieć, żeby nie zerwał się i nie wyrwał z łapy wenflonu. To są długie godziny. Ale warto, bo jak powiadają pies jest największym przyjacielem człowieka. Co prawda Jeremi Przybora sparafrazował to powiedzenie twierdząc, że największym przyjacielem człowieka jest kobieta, ale ja zostanę przy pierwotnej wersji. Mimo że jeden z moich przyjaciół wersję tę ośmieszył twierdząc, że pies jest największym przyjacielem człowieka jedzącego.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
