Fryzjerem był z zamiłowania, z wykształcenia i po mieczu! Z zamiłowania, bo fryzjerstwo stawiał na pierwszym miejscu, jako swój zawód. Z wykształcenia był mistrzem w tym fachu. Po mieczu, bo poszedł w ślady ojca a nie matki - wówczas byłby po kądzieli! Zresztą tak jak jego trzech braci: Janusz, Zdzisław i Lucjan oraz jedna siostra Wiesława - wszyscy zostali zawodowymi cyrulikami. Wszyscy w naszym Szczytnie zajmowali się fryzjerstwem oprócz Janusza, który zakład fryzjerski prowadził w Piszu.
Rodzina Hainów wywodziła się z Łodzi, gdzie ojciec Stanisław był szanowanym fryzjerem. Do naszego miasta przyjechali tuż po 1945 r., skuszeni komunistyczną propagandą o tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie „kraina mlekiem i miodem płynęła’’! Zjeżdżali więc po zawierusze wojennej do Szczytna, kolejno synowie i córka Hainów w latach 1945 – 1946, zdrowi i pełni zapału. Zamieszkali nad zakładem fryzjerskim na ul. Polskiej. Z biegiem lat każdy usamodzielniał się i szedł na swoje.
W 1947 roku Józek poznał przyszłą żonę Halinę z domu Deptuła z ulicy Chopina.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Myślę, że największą satysfakcję miał Józek Hain z muzykowania. Jego ulubionym, wręcz ukochanym instrumentem była trąbka.
W latach sześćdziesiątych XX wieku Józek grał w zespole muzycznym przygrywającym do tańca na dancingach w restauracji „Zacisze” w Szczytnie oraz na licznych akademiach, masówkach, czy zabawach „pod chmurką”.
Drugą dziedziną, w której Józek wyżywał się ponad wszystko był sport. Za młodych lat był czynnym sportowcem – grał w piłkę nożną w naszym „Podchorążaku”. Pamiętam, jak jeszcze niedawno starsi panowie z łezką w oku wspominali tamte lata i słynne okrzyki, gdy Józek Hain był przy piłce: „Brzytwą go!”.
Z biegiem lat został cenionym organizatorem i aktywnym sędzią sportowym. Oczkiem w jego głowie stały się wówczas wyścigi kolarskie. Co najciekawsze, w tamtym czasie w zakładzie fryzjerskim u Józefa zabronione było mówienie o polityce! Mówiono tylko i wyłącznie o sporcie! Gdy ktoś chciał się dowiedzieć o terminie meczu, o wyścigu, czy innej imprezie sportowej, to czytał informacje na plakatach wywieszanych na szybie zakładu fryzjerskiego. Ludzie mówili: „Chcesz coś wiedzieć o sporcie – idź do Józka Haina”.
W jego działalności, zarówno muzycznej jak i sportowej, niepoślednie miejsce zajmowała tematyka łowiecka. Nic w tym dziwnego, gdyż myślistwo połączyło pasję z umiłowaniem muzycznym. Wprawdzie do Polskiego Związku Łowieckiego trafił dość późno, bo w 1959 roku, mając 34 lata, lecz już od pierwszego dnia włączył się w działalność swojego koła. Było to koło łowieckie „Sokół” Szczytno. Aktywnie uczestniczył w pracach nad zagospodarowaniem łowisk i wykonywał wszystkie zlecone zadania. W szczególności wykorzystywał swe uzdolnienia muzyczne, był sygnalistą myśliwskim w kole.
Józek prawie do samej śmierci, przez 21 lat pozostawał aktywnym myśliwym w jednym kole łowieckim „Sokół”. Do dziś mile go wspomina trzech kolegów z koła: Ludwik Narewski, Zbyszek Lewandowski i Franciszek Wiczyński. W kronice koła istnieją powklejane zdjęcia z myśliwym Józefem Hainem. Mam nadzieję, że niniejsze wspomnienie rozbuduje zawartość kroniki.
Zapamiętałem pana Józefa z początku lat 50. XX wieku - będąc małym szkrabem, jak wszyscy w Szczytnie byliśmy strzyżeni w zakładzie na ul. Polskiej. W późniejszych latach do fryzjera chodziłem na ul. 1 Maja, bo na mojej ulicy było i do dzisiaj jest „zagłębie fryzjerskie”. Nawet zastanawiałem się, dlaczego nie przemianowano tej ulicy na ulicę Fryzjerów?
Józef i Halina Hainowie wychowali czworo dzieci: Danutę, Marię, Zbyszka i Annę. Doczekali się siedmiorga wnuków.
Józef Hain zmarł 10 marca 1982 roku, osiemnaście lat po nim żona Halina. Spoczywają na cmentarzu komunalnym w Szczytnie.
Leszek
Mierzejewski
(cdn.){/akeebasubs}
